Reklama

Trzymajcie mnie za słowo

Są tygodnie, które upływają spokojnie, i takie, które każą się zatrzymać i zapytać, czym stała się rozmowa o naszym mieście. Miniony tydzień należał do tej drugiej kategorii.

W czwartek stanąłem przed radą miasta, żeby powiedzieć coś, co zbierało się we mnie od dłuższego czasu. Mówiłem o hejcie. O tym, że debata publiczna w Mysłowicach zbyt często przypomina wojnę totalną, a nie rozmowę sąsiadów. Można się spierać, można twardo bronić swoich racji, ale rzucanie w siebie jadem i pogardą nikomu nie służy. Podziały polityczne nie mogą oznaczać ludzkiej wrogości. Mówiłem to ponad partyjnymi barierami, bo wierzę, że szacunek powinien być wspólnym mianownikiem każdej lokalnej wspólnoty. Sala obrad ma jednak to do siebie, że słowa często padają w niej tylko do protokołu, a potem znikają w urzędowych segregatorach.

Tym razem stało się inaczej. Kiedy nagranie z tego wystąpienia trafiło do sieci, lawina komentarzy przerosła moje oczekiwania. Nie chodzi o zasięgi czy "lajki", ale o to, kto pisał. Odzywali się mieszkańcy o skrajnie różnych poglądach, ludzie, którzy na co dzień pewnie mocno się ze sobą spierają. A jednak w tej jednej kwestii, że w Mysłowicach potrzebujemy dyskusji z klasą, byliśmy jednomyślni.

Reklama

Najważniejszy sprawdzian przyszedł jednak w sobotę, już poza ekranem telefonu. Reprezentując Młodzieżową Radę Miasta, brałem udział w obchodach Narodowego Dnia Powstań Śląskich przy ulicy Bytomskiej. Chwilę później byłem już na festynie Szkoły Podstawowej nr 2 w Parku Zamkowym, a popołudnie spędziłem w moich rodzinnych Kosztowach na festynie parafialnym. I to właśnie tego dnia, między jednym uściskiem dłoni a rozmową przy stoliku, bez kamer i mikrofonów, usłyszałem od mieszkańców najważniejsze słowa. Ludzie podchodzili i mówili krótko: „Dobrze, że to głośno padło. Mamy dość tej miejskiej wojny polsko-polskiej”. Te proste zdania, rzucone przy festynowej kawie, znaczyły dla mnie więcej niż jakikolwiek aplauz w sali obrad. Pokazały, że Mysłowiczanie nie chcą politycznego cyrku. Chcą normalności.

Waga słów wraca do mnie w jeszcze jednym, znacznie bardziej chłodnym kontekście. Dokładnie w tym samym tygodniu otrzymałem odpowiedź na petycję, którą pod koniec maja złożyłem w imieniu mieszkańców Kosztów. Prezydent Dariusz Wójtowicz odpisał mi w sposób czysto proceduralny: konsultacje dla tego obszaru zamknięto jesienią 2014 roku, więc wniosek o wstrzymanie decyzji budowlanej jest bezzasadny. Urząd ucina temat, jakby sprawa była zamknięta na wieki. Zapomina jednak, że zaledwie dwadzieścia dwa miesiące temu ten sam magistrat pisał w oficjalnym dokumencie, podpisanym przez wiceprezydenta, że ulica Białobrzeska wymaga pilnej i kompleksowej przebudowy oraz że trwają intensywne działania w celu pozyskania środków.

Reklama

Tamte słowa były deklaracją wobec mieszkańców. I tej deklaracji nie da się ot tak odesłać do archiwum sprzed dwunastu lat. Odnosząc się do decyzji urzędu, nie zamierzam podnosić głosu ani szukać taniej sensacji. Sprawa dotyczy codziennego życia konkretnych rodzin w Kosztowach i zasługuje na merytoryczne, poważne traktowanie. Mieszkańcy naszej dzielnicy nie oczekują cudów. Oczekują jedynie, że słowa wypowiadane przez władze miasta będą miały moc wiążącą. Że obietnice nie będą wygasały wraz z końcem kampanii wyborczej.

Kiedy wracałem w sobotę do domu, myślałem o tym, że zabranie głosu w debacie publicznej to nie jest jednorazowy występ. To zobowiązanie wobec ludzi, którzy słuchają i mówią sprawdzam.

Reklama

Chcę być trzymany za słowo. I zamierzam na to ciężko pracować.

Zawsze z myślą o naszym mieście. Mateusz Partyka – dla Mysłowic.

 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo ctMyslowice.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości