Sesja absolutoryjna z 18 czerwca 2026 roku zapamięta się nie tylko z politycznych sporów, ale i z krótkiego wystąpienia w punkcie "Sprawy bieżące" - spokojnego, bez nazwisk i bez odwetu.
Czwartek był dniem ostrych politycznych starć. Sesja absolutoryjna rządzi się swoimi prawami: emocje sięgają zenitu, stanowiska są twarde, a każde słowo waży więcej niż zwykle. Debata nad absolutorium pochłonęła większą część wieczoru - padały zarzuty, kontrargumenty, deklaracje. Kiedy wszystkie główne punkty porządku obrad zostały wyczerpane, głos w "Sprawach bieżących" zabrał Mateusz Partyka - osiemnastoletni społecznik, Sekretarz Młodzieżowej Rady Miasta i publicysta, który na wstępie podkreślił, że mówi wyłącznie jako mieszkaniec, nie jako przedstawiciel jakiejkolwiek struktury.
Był 18 czerwca - Międzynarodowy Dzień Przeciwdziałania Mowie Nienawiści ustanowiony przez ONZ, co Partyka zaakcentował na wstępie.
Zaczął od osobistej historii. Miesiąc temu, wychodząc z egzaminu maturalnego z matematyki, otworzył telefon i trafił na paszkwil skierowany przeciwko niemu - tekst z grafikami generowanymi przez sztuczną inteligencję, napisany po to, by go zdyskredytować za to, że jako dziennikarz pytał o organizację miejskiego Dnia Ziemi na terenie prywatnym, a nie w przestrzeni publicznej.
„Stałem na chodniku przed szkołą i czytałem to wszystko. I powiem Państwu szczerze, bo zasługujecie na szczerość: przez chwilę byłem po prostu zmęczony. Nie przestraszony, nie złamany - ale zmęczony. Tym językiem. Tą logiką, która mówi: zamiast odpowiedzieć na pytanie, zniszczmy tego, kto pyta" - mówił z mównicy.
Reklama
Nie wymienił ani jednej nazwy, ani jednego tytułu, ani jednego nazwiska. I właśnie to - to świadome powstrzymanie się - nadało jego słowom szczególny ciężar.
„Schowałem telefon. Poszedłem do domu. I postanowiłem, że nie odpowiem nienawiścią na nienawiść. Bo to właśnie tego oczekiwała machina, która ten atak konstruowała: że się rozgrzeję, że się ugnę, albo że zacznę krzyczeć. Żadna z tych odpowiedzi nie dałaby mi ani Wam nic dobrego" - tłumaczył.
Zamiast rozliczeń - szersze pytanie. O standard debaty publicznej i o to, czy lokalna wspólnota musi powielać to, co znamy z krajowych mediów.
„Widzimy krzyk zamiast argumentu, atak personalny zamiast odpowiedzi merytorycznej. Mamy prawo być tym zmęczeni. Ale to, co dzieje się w Warszawie, Rzeszowie, Poznaniu, Szczecinie, w telewizji, nie musi być naszą normą. Mysłowice mają swoją historię i swoją godność. Można się spierać bez nienawiści. Można krytykować bez poniżania" - przekonywał.
Odniósł się też do swojego wieku - nie defensywnie, ale rzeczowo. Mówił, że młode pokolenie wybiera miasta, w których czuje, że jego głos ma znaczenie, i że kultura lokalnej debaty ma na te wybory realny wpływ.
„Młodzi ludzie nie uciekają tylko z miast, gdzie brakuje miejsc pracy. Uciekają też z miejsc, gdzie czują, że ich głos jest traktowany z pogardą" - powiedział.
Na sali, na której chwilę wcześniej toczyły się twarde polityczne spory, po zakończeniu przemówienia rozległy się oklaski - z obu stron. Reakcje mieszkańców oglądających transmisję były podobne. Komentarze dotyczyły przede wszystkim tonu: spokojnego, bez eskalacji, bez wskazywania palcem.
Drobny moment na końcu długiej sesji. Ale wart odnotowania - zwłaszcza w tym konkretnym dniu.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze