Jeżeli myślimy, że służba zdrowia to sprawa, która jest charakterystyczna dla naszych czasów, to się grubo mylimy. Wszak ludzie zawsze chorowali. Może na nieco inne choroby niż obecnie, ale jednak. Obecnie się zmagamy z rakiem, chorobami serca, cukrzycą. Kiedyś, przy innym jedzeniu i aktywnym systemie pracy takich chorób nie znano, albo znano w ograniczonym zakresie. Kiedyś ludzie chorowali na choroby, które albo zanikły z powodu rozwoju medycyny (na przykład ospa) lub dziś uważane są za mniejsze zagrożenie zdrowia i życia (jak na przykład angina, która dawniej dla dzieci była śmiertelna). I zawsze istniała służba zdrowia, przynajmniej adekwatna do wiedzy i umiejętności każdej epoki.
Osobami, które zajmowały się wspieraniem ludzi chorych i ich leczeniem były w naszych stronach zielorki. W podaniach i legendach występują bardzo często. Oczywiście w życiu codziennym zaniknęły z powodów rozwoju cywilizacyjnego, ale przez całe stulecia leczyły naszych przodków. Pomagały jak umiały.
Dlatego zielorki były bardzo szanowane w społeczeństwie. Bo przynosiły ludziom ulgę chorobie. Nawet potrafiły, oprócz pomocy medycznej, nieść pomoc psychologiczną. Przynajmniej tak dzisiaj byśmy określali niektóre ich czynności. I czasem, gdy czytamy, że jakieś kobiety były oskarżane o czary, a w niektórych kręgach epoki nowożytnej (odrodzenie, oświecenie, kiedy rzekomo panował rozum), a potem palono je na stosach, to zawsze sobie zadaję pytanie, czy to na pewno były zielorki? Przecież tylko idiota pozbawia się ludzi, którzy mają wiedzę medyczną! Więc prawdopodobnie zielorki nie były oskarżane o takie rzeczy. Prędzej ludzie, którzy zajmowali się alchemią. I żebyśmy nie mieli wątpliwości, nie spotkałem w żadnych dokumentach informacji o paleniu kogokolwiek na stosie za stosowanie czarów w naszej okolicy. Owszem, oskarżenia się pojawiały, ale była to zawiść sąsiedzka lub próba zlikwidowania konkurencji (na przykład oskarżenie pod adresem młynarza z Brzęczkowic przez młynarza z Mysłowic, że ten pierwszy zaczarował mu młyn i niewłaściwie działa, ale sąd uznał ten wniosek za niepoważny i go oddalił). A przecież całej okolicy Mysłowic (i nie tylko) żyły zielorki, byli uowcorze, nawet w samych Mysłowicach żył sławny Janus Taurus, który nie tylko zajmował się leczeniem ludzi, ale także alchemią i nikt tych ludzi nie ścigał. Bo to byłoby zachowanie z gruntu bez sensu. Skoro zajmują się wspieraniem ludności w chorobie, to raczej należy takich ludzi traktować jako pożądanych, a nie prześladować. A przecież spotykani są zawodowi lekarze, nazywani dawniej medykami. Nie dosyć, że ich usługi były drogie, to jeszcze ich wiedza była bardziej podobna do wiedzy eksperymentalnej i raczej była niebezpieczna dla pacjenta. Świetnym przykładem jest król angielski Karol II Stuart, który wstał ze złym samopoczuciem, a medycy robili mu różne rzeczy, łącznie z nieustannym upuszczaniem krwi, dzięki czemu wykończyli króla. I to w majestacie nauk medycznych! Nie. Zdecydowanie lepiej było iść do zielorki. Ta przynajmniej miała wiedzę stosowaną praktycznie od niepamiętnych pokoleń.
Zielorki leczyły metodami tradycyjnymi, opartymi na ziołolecznictwie. Wiedziały, na jaką chorobę stosować jakie zioła. Najprościej mówiąc, znały ich działanie. Ale skąd to wiedziały? Ano, jako młode dziewczyny szkoliły się u starszych zielorek. Te dzieliły się swoją wiedzą, szkoliły, jak należy podchodzić do chorego, kiedy robić napary do wdychania, kiedy odwary do picia, jak przygotowywać zioła do kąpieli, kiedy należy dom okadzać, uważając, że ziołowy dym może odpędzić złe siły lub pomóc pokonać chorobę. Nawet jak to działanie było nieskuteczne, to przynajmniej pomagało choremu w sposób psychologiczny. Ale, co ważne, zielorki poznawały działanie ziół. Na wypocenie- kwiaty lipy, na bóle żołądka i poprawę trawienia - mięta, na uspokojenie dziurawiec lub melisa, na ból zęba - krwawnik (pomagał też goić rany), na hemoroidy - kora dębu, na zapalenie płuc lub oskrzeli - smalec z gęsi lub psa. Zielorki umiały robić także maści, wiedziały jak odkazić rany i co robić z chorymi. Co ważniejsze, te kobiety (rzadziej mężczyźni - zielorze) wiedziały, kiedy się zbiera zioła, by były najmocniejsze. Jedne zbierano wiosną, inne latem, jeszcze inne jesienią. Zielorki wiedziały, o jakiej porze doby zbierać zioła, bo jedne zbierano w ciągu dnia, inne w nocy. Ba! Tu nawet była ważna faza księżyca! Bo inaczej zioła działały, gdy zebrano je przy pełni, a inaczej, gdy w czasie nowiu. Niesamowite są te "leki z Bożej apteki". Sama wiedza zielorek o ziołach była potężna, nie mówiąc już i innych umiejętnościach.
Zielorki umiały przyjmować porody (w końcu XIX wieku z tej działalności wyparły ich specjalistki od porodów - hebamy), wiedziały też jak robić nawet operacje! Oczywiście nie były one tak skomplikowane jak u obecnych specjalistów, ale jednak takie się też odbywały. Niejednemu to uratowało życie. Ale także te kobiety umiały odczyniać uroki, a niektóre także je rzucać. Miały więc zielorki także do czynienia ze światem nadprzyrodzonym. Może nie tak mocno jak uowcorze, ale jednak.
Zatem zielorki w dawnych społecznościach były bardzo potrzebne. I przez wiele pokoleń odwoływano się do ich wiedzy. Jeszcze w połowie XX wieku były dosyć powszechne, chociaż wobec powszechniejszego pojawienia się ludzi medycyny (felczerzy, lekarze) i coraz lepszych leków, zaprzestano stopniowo korzystać z ich pomocy. I pomimo zafascynowania antybiotykami w latach 70. i 80. XX wieku, jednak część ich wiedzy przetrwało. I jeszcze w czasach obecnych możemy się spotkać, że ktoś ma potężną wiedzę o ziołolecznictwie. Jeszcze w pierwszych latach XXI wieku żył w Dziećkowicach zielorz, do którego ludzie się chętnie udawali po pomoc medyczną. Być może był ostatnim jawnym przedstawicielem tej profesji.
Tomasz Wrona
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze