Reklama

Taurus. Poczet postaci, duchów i demonów występujących w podaniach i legendach

Duchy, demony, czy inne nadprzyrodzone stworzenia zawsze rozbudzały wyobraźnię człowieka. Wszak jedni pięknie opowiadali, drudzy przeżywali cudze opowieści, a jeszcze inni widzieli i czuli więcej niż wszyscy. Dlatego świat nadprzyrodzony wzbudzał strach i obawy. Byli też ludzie, którzy byli z krwi i kości. Żyli w określonym społeczeństwie, ale z racji nadzwyczajnych talentów i zainteresowań, sąsiedzi i współobywatele nadawali im nadprzyrodzone zdolności. Do takich niewątpliwie należał Jan Taurus.

To Mysłowiczanin. Nie, nie z urodzenia, ale z zamieszkania. Przybył do Mysłowic w XVII wieku, konkretnie 1640 roku jako dorosły człowiek. Już wykształcony i to jak na owe czasy bardzo dobrze. Trochę był to taki człowiek renesansu, chociaż żył w epoce baroku, gdzie sprawy duchowe odgrywały niebagatelną rolę. Miał wiele zainteresowań. Przede wszystkim medycyna i lekarstwa. Ale także zajmował się astrologią i modną wtedy alchemią. To połączenie nauki i magii. Dlatego Taurus, zwany czasem Janusem, szybko dorobił się opinii czarnoksiężnika, którego mieszkańcy zaczęli się mocno obawiać, bo a nuż rzuci jakiś urok na człowieka? Można więc było za co Taurusa się bać, chociaż on się takimi rzeczami nie zajmował.

Gdy ten człowiek przybył do Mysłowic, zakupił dom lub zakupił parcelę i zbudował na niej drewniany dom. Dosyć duży, przestronny, w którym znalazły się pomieszczenia mieszkalne dla niego i jego rodziny, gabinet lekarski, w którym przyjmował chorych oraz pomieszczenia na doświadczenia alchemiczne i różne odczynniki. Miał też wieżyczkę, na której mógł obserwować nocą gwiazdy. Wokół drzwi stała rzeźba z astrologicznymi znakami. Znajdował się też tam napis w języku łacińskim, więc niezrozumiałym dla większości mieszkańców. Dlatego ludzie uważali, że napis jest przekleństwem na każdego, kto bez zgody właściciela wejdzie do tego domu. Ponieważ dom, który stał przy skrzyżowaniu Towarowej i Starokościelnej (patrząc na nasze realia) zachował się do pierwszych lat XX wieku, znamy jego wygląd. I wiemy, jak brzmiał napis nad drzwiami, które wiodły do jego laboratorium. „Non nobis Domine, non nobis – sed Momini Tuo da gloriam”, czyli „Nie nam, Panie, nie nam – lecz Twojej Matce daj chwałę". Zatem modlitwa, a nie przekleństwo. Ale kto, poza proboszczem znał wtedy łacinę? Warto też dodać, że w domu były okna zaszklone kolorowym weneckim szkłem. Świadczy to o zamożności Taurusa.

Reklama

Janus, lub jak wolicie Taurus był uważany za człowieka, który posiadł wiedzę magów wschodu. Skąd to przekonanie? Bo Taurus wieczorami, kiedy już miał czas, zajmował się doświadczeniami alchemicznymi. I ludzie w ciemnościach widzieli, jak w jego laboratorium palą się kolorowe światła, które rzucały na ściany i okno wydłużone cienie Taurusa (co bardzo działało na wyobraźnię, w co się przekształca), widzieli rozbłyski, huki i różnego rodzaju dźwięki. Na dodatek, z komina, który też czasem był podświetlony (widocznie palono tam w kominku) wydobywały się kolorowe dymy. To się mieszkańcom w głowach nie mieściło! Dlatego Taurusa się bali i otaczali go wręcz zabobonną czcią. Dzięki nauce, dziś wiemy, że te huki, rozbłyski i dymy były skutkiem reakcji chemicznych, których Janus używał, by otrzymać pożądany skutek. Być może poszukiwał receptur na to na przykład, jak otrzymać ze zwyczajnych metali złoto lub inne metale szlachetne.

Na dodatek Taurus często o północy pojawiał się na swojej wieży, by obserwować gwiazdy i księżyc do celów astrologicznych (to stawianie horoskopów i wróżenie na podstawie układu konstelacji gwiazd i planet). Ludzie widywali, że posługuje się tajemnymi narzędziami (na przykład lunetą) i często świecił jakimś tajemniczym światłem. Zapewne oświetlał sobie kartę papieru, by robić notatki.

Reklama

Ale Jan Taurus nie zasłynął jako alchemik czy astrolog. Sławę przyniosła mu medycyna. Bo ten uczony był świetnym medykiem. Potężna wiedza w tej dziedzinie i doskonała intuicja pozwalały mu z łatwością stawiać diagnozy lekarskie. Na dodatek dysponował bardzo dobrymi lekarstwami. Nie ma wątpliwości, że używał ziół, jak wszyscy. Dlatego o różnych porach dnia i nocy można było spotkać Taurusa na okolicznych łąkach i w lesie, jak zbierał różne rośliny i zioła. Potem robił z nich preparaty, które zalecał do picia i spożywania lub smarowania bolących miejsc chorym. Ta skuteczność w leczeniu przyciągała do niego ludzi z dalekich stron. Raczej zamożnych, wszak Taurus za swoje lekarskie usługi pobierał opłaty. Chociaż nie można wykluczyć, że i pomagał w tej dziedzinie biednym.

Przy okazji nasunęła mi się też pewna myśl. Taurus był alchemikiem. I skutecznym lekarzem, który poznawał tajniki mędrców ze wschodu. A co będzie, jeżeli przedstawię teorię, że swoją wiedzę alchemiczną wykorzystywał nie tylko do poszukiwania kamienia filozoficznego i złota, ale także poszukiwał chemicznych lekarstw i nimi leczył chorych? To by tłumaczyło jego nadzwyczajną zdolność do wyprowadzania chorych z ich dolegliwości. Wtedy nasz mysłowicki Taurus byłby prekursorem lekarstw chemicznych, takich, jakie zaczęto tworzyć i stosować w Europie Zachodniej w XIX wieku, zatem prawie 200 lat później. Ale to tylko moja teoria, mój domysł. Mogło tak być, ale nie musiało. Za to niepodważalnym faktem jest to, że jego talenty medyczne przyniosły mu wielką popularność i sławę nie tylko na Śląsku, ale też w sąsiadujących regionach Polski, a może nawet w Czechach i na Morawach. Jan Taurus z jednej strony wzbudzał podziw, ale jego działania astronomiczne i alchemiczne wzbudzały przed nim strach. I podejrzenia, że może trzyma z diabłem. Chociaż modlitwa przy drzwiach w domu Taurusa by temu zaprzeczała.

Reklama

Zdumiewające jest jednak to, że w 1675 roku Taurus znika. Nikt nie wie, co się z nim stało. Może miał dosyć już sławy i tej dobrej i tej zlej. Może uciekł od gwaru i ciągłych nawiedzeń ludzkich, by mógł się zaszyć gdzieś na odludziu i tam wieść życie zgodne ze swoimi potrzebami, a nie potrzebami ludzkości? Tego nie wiemy, wszak nie mamy już po jego wyjeździe z Mysłowic żadnych śladów jego działalności. A przecież zgromadził spory majątek i dlatego nie musiał się martwić o zabezpieczenie materialne. Ludzie wytłumaczyli to sobie po swojemu. Skoro trzymał z diabłem, to musiał podpisać z nim cyrograf. Widocznie upłynął czas dany Janusowi w tym cyrografie i porwały go diabły do piekła. I tą wersją potem straszyli się Mysłowiczanie długimi zimowymi wieczorami...

Ród Taurusa jednak w Mysłowicach żył nadal. Po zniknięciu Jana Taurusa, jego dom prowadził jego syn Kacper. Też zajmował się tym, czym ojciec. Alchemia, medycyna, astrologia. Jednak talentami nie dorównywał ojcu i nie był już taki sławny jak Jan. Niemniej dostrzegamy, że przedstawiciele rodu Taurusa zajmowali się medycyną cały czas. Jest zachowane w Mysłowicach podanie, że w zimie 1812/1813 w Mysłowicach zatrzymał się na noc Napoleon Bonaparte, który poniósł klęskę w wyprawie na Moskwę. Bardzo bolał go ząb, więc zaprowadzono cesarza do prawnuka Jana Taurusa, a ten nie tylko uśmierzył mu ból, ale także bezboleśnie wyrwał cesarzowi ząb. Zatem widzimy, że wiedza Jana Taurusa, być może dzięki jego zapiskom i notatkom, była wykorzystywana przez kilka pokoleń jego potomków.

Reklama

Tak, Jan Taurus należał do tych nadzwyczajnych Mysłowiczan, którzy już za życia zdobyli sławę naukowca, lekarza i czarnoksiężnika. Ta sława otarła go o siły nadprzyrodzone. I to był jeden z tych ludzi, którzy tworzą legendarny wręcz koloryt Mysłowic.

Tomasz Wrona

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo ctMyslowice.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości