Człowiek w dzisiejszych czasach bardzo często ma problem ze światem nadprzyrodzonym. Żyjemy w tak zwanej epoce rozumu, kiedy wyrzucani ze swojej świadomości możliwości o spotkaniu się ze światem nie z tej ziemi, a tych którzy uważają, że taki świat istnieje, albo, co gorsza, mówią, że spotkali takie istoty, uważamy za chorych psychicznie. Bo jak można wierzyć w taki zabobon! Mamy też coraz więcej "ludzi oświeconych", dla których także religia jest zabobonem. Taki świat i nic się nie da zrobić. Takich epok już kilka przeżywaliśmy. Odrodzenie, czy Oświecenie są świetnym tego przykładem. Zatem obecne czasy to nic nadzwyczajnego.
Mimo tego myślenia racjonalnego, rozumowego, że coś, czego się nie da dotknąć nie istnieje, zawsze coś nam się wymyka spod naszego postrzegania świata. Czasem jest to jakieś niewytłumaczalne zjawisko, że w domu coś strzeliło, coś zagruchotało, coś pstryknęło, a czasem jest to owionięcie zimnym powietrzem i jakieś takie poczucie nieswojości.
Bo nie wszystkie istoty się pokazują. Jak wskazują badacze tego tematu, jest jakaś część istot nadprzyrodzonych, które się nie pokazują, ale pozwalają ludziom wyczuć ich obecność. Daje to właśnie opisane efekty. I pal licho, gdy to istota neutralna. Ale czasem jest to demon, który próbuje zrobić komuś krzywdę.
Dawne przekazy mówią nam, że były miejsca, w których królowało niezidentyfikowane zło. Ludzie wchodząc na taki teren czuli się nieswojo. Serce zaczynało im walić jak młotem, mieli wrażenie, że ktoś ich śledzi lub im się przygląda, wydaje się im, że ktoś za nimi idzie. Często też odnoszą wrażenie, że ktoś chce im zrobić krzywdę. Tak. Takich wrażeń bywa sporo. Ludzie wtedy myśleli, że to miejsce jest nawiedzone. I nie wiedząc jak się bronić przed tym niezidentyfikowanym złem, woleli takich miejsc unikać. Czasem młodzi otrzymywali instrukcje od starszych, że można w jakimś lesie zbierać grzyby gdzie się chce, ale należy jak ognia unikać tego i tego miejsca. Tak na Morgach mówiło się, dla przykładu, by unikać miejsca nazywanego Głymbokimi Dołami. Ale w tym przypadku zło zostało zidentyfikowane jako duch zamordowanego karczmarza. Mysle, że gdyby dobrze poszperać w aktach, to nawet znajdziemy jego nazwisko. Ale to zabawa na inny czas.
Czasem to zło, w nawiedzonym uroczysku, kępie drzew lub na rozstaju dróg tylko się przyglądało, czasem straszyło wyjąc lub rzucając w człowieka jakimiś kawałkami drewna. Ale czasem bywało dużo gorsze. Próbowało wpływać na psychikę człowieka, potęgując jego złe myśli lub sprawiając, że człowiek poddawał się opętaniu. Zazwyczaj w takich sytuacjach demon, który zapanował nad człowiekiem albo żył w nim w jego świecie albo doprowadzał do jego śmierci poprzez samobójstwo, by zdobyć jego duszę. I znowu posłużę się przykładem takich sytuacji. Las między Kosztowami, Krasowami a Imielinem był dawniej bagniskiem. Przez wieki to bagnisko omijano, a z Kosztów prowadziła droga do Imielina przez krasowski Furmaniec. Dopiero w II połowie XIX wieku, gdy kopalnie ściągając wodę osuszyły owo bagnisko, umożliwiły budowę bezpośredniej drogi - dokładnie tej, z której obecnie korzystamy. Ale jeszcze w okresie II wojny światowej w tym lesie rosły jagody bagienne, które nazywamo łochyniami. Na terenie tego bagniska też żyło czyste zło, które wpływało na psychikę człowieka. Gdy przechodził drogą wytyczoną przez ten las, a ciągnącą się od białego krzyża na tzw. Wisieloku (obok obecnej ul. Gagarina), a wychodzącą w Imielinie koło krzyża przed obecnym kościołem, zawsze wyczuwali coś niesamowitego. To poczucie strachu, to odczucie, że ktoś próbuje się im włamać do umysłu niczym do systemu komputerowego, że dzieje się coś niezrozumiałego. A potem to już szło z górki. Ludziom budziły się wspomnienia o lękach, krzywdach, potęgowały się negatywne uczucia. I byli tacy, którzy jako słabsi psychicznie podejmowali decyzję o samobójstwie. Część się wieszała na drzewach (stąd nazwa miejsca Wisielok), część celowo zbaczała z drogi i właziła do bagien, gdzie tonęła. Tak złe siły wpływały na człowieka, odbierając mu wolę i chęć do życia. Za to mogły posiąść jego duszę.
Jeżeli przejrzeć zachowane wspomnienia, opowieści i podania, to niemal w każdej miejscowości znajduje się takie nawiedzone uroczysko, gdzie króluje jakieś zło, jakiś demon. Pojawiają się na przykład takie podania z Kopciowic. Więc te nawiedzone miejsca są w naszej okolicy obecne. Czy dalej tam mieszkają demony? Nie wiem, bo obecnie ludzie nie przyznają się do tego, że mieli nieprzyjemność zderzyć się z takim jegomościem. Boją się wyśmiania. Łatwiej przychodzi opowieść, że babcia czy dziadek mieli jakieś zderzenie.
Jak się przed takim demonem chronili nasi przodkowie? Nie było to łatwe. Czasem wystarczała woda święcona, czasem chronił medalik lub krzyżyk na szyi, niekiedy trzeba było zbudować krzyż lub postawić w takim miejscu kapliczkę. A czasem po prostu trzeba było unikać takich miejsc. Dopiero wtedy miało się pewność, że demon człowieka nie zaatakuje i nie zrobi nam krzywdy.
Żyjemy w realiach racjonalnych, ale nasi przodkowie pozostawili nam opowieści, że niekoniecznie mamy rację. Wiem jedno, że po czasach rozumu zawsze przychodziły czasy uduchowienia, czasy, gdy wierzono w świat nadprzyrodzony. Tego uczy nas historia. Nie mam więc podstaw, by podważać istnienie cyklu, który toczy się od stuleci, w którym co kilka pokoleń zmienia się podejście do religii i duchów. Na razie wielu z nas uważa to za zabobony.
Tomasz Wrona
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze