Starsi dobrze pamiętają ten dowcip z czasów PRL-u: Jeśli partia mówi, że da, to mówi, że da. Kiedy jednak partia mówi, że zabierze, to na pewno zabierze. Ten stary dowcip jak ulał pasuje do obecnej sytuacji mysłowickiego szpitala. Prezydent mówi, że chce ratować szpital, więc trzeba potwierdzić, że tak mówi. No, ale kiedy mówi, że „wyautuje” dyrektora Nowaka z przyszłości szpitala, tak i wyautował.
Prezydent osobiście w poniedziałek (8 czerwca) zdjął pracowniczy baner, który bardzo go drażnił. Nawoływał do podjęcia decyzji i zostawienia dotychczasowego dyrektora. Czy to nowy rozdział w życiu szpitala? Pewnie tak. Tylko, czy tak go sobie wyobrażali jego pracownicy i personel medyczny? Z publicznych wystąpień wynika, że raczej nie. Chcieli pracować z dotychczasowym dyrektorem, przynajmniej do czasu ustabilizowania sytuacji i zakończenia inwestycji.
Zgodnie opierali się wszelkim pomysłom prezydenta, które w końcu okazywały się półprawdami, a nawet manipulacjami. Przykłady? Proszę. Najpierw ukrywany pomysł na konsolidację z Jaworznem, którego nie udało mu się przeforsować, bo zwyczajnie nie był uczciwy w rozmowach ze szpitalną społecznością czy radnymi. O tym, jakie skutki z konsolidacji czekały mysłowicki szpital, uzmysłowił mieszkańcom i szpitalnej społeczności radny Krzysztof Bąk po spotkaniu zespołu radnych z komisji zdrowia w jaworznickim szpitalu podczas kwietniowej sesji. Potem Wójtowicz próbował zapewniać pracowników szpitala, że chce jego dobra i będzie o niego walczył.
Deklaracje składane pracownikom i związkowcom oraz te publiczne, szybko zostały zweryfikowane. Najpierw podczas kwietniowej, a potem majowej sesji. Mimo zalegania przez miasto szpitalowi ponad 8 mln Wójtowicz zwrócił zaledwie 2,5 mln w kwietniu i pół miliona w maju. Pół miliona z potrzebnych ok. 4 milionów, które są niezbędnie, by wywiązać się z unijnej umowy na budowę ZOL-u.
Dotrzymał jednej deklaracji. Od początku szukania sposobu na pozbycie się lecznicy, w każdej rozmowie z pracownikami twierdził, że nie przedłuży dyrektorowi kontraktu i nie zostawi go na tym stanowisku. Żadne argumenty oraz upór szpitalnej społeczności nie zmienił jego zdania. Nie interesowały go poczynione przez Grzegorza Nowaka, dyrektora szpitala, zawarte porozumienia na współpracę z mysłowickim MCZ czy szpitalem sosnowieckim. Nie miał zamiaru zapoznać się z jego pomysłami na konieczne zmiany poprawiające kondycję szpitala, zweryfikowane w NFZ czy w ministerstwie zdrowia. Nie, bo nie.
I tej obietnicy dotrzymał. Wprawdzie proponował kilku pracownikom pełnomocnictwo w prowadzeniu szpitala, ale ostatecznie po zakończeniu kontraktu z Nowakiem, takie pełnomocnictwo przyjęła na pół roku jedna z pracownic szpitala, zatrudniona od dwóch lat, zajmująca się prowadzoną inwestycją i unijnymi dotacjami.
Nie jest to wymarzona przez załogę pracownica, która zresztą deklarowała swoim kolegom ze szpitala, że nie przyjmie propozycji. Tymczasem przyjęła, a prezydent chciał zapewne tym sposobem pokazać, że jest z załogą. Może i tak, ale kto wie, czy nie jest to jedyne wyjście z sytuacji, jakie miał, by nie zostawić Nowaka na czas do ewentualnej zmiany?
Myślę, że najbliższy czas pokaże. Już niebawem kolejna sesja i kolejny wniosek o zasilenie szpitala w kolejną kwotę. Kończy się też czas na przygotowanie koniecznych zmian w prowadzeniu poszczególnych oddziałów, dla obniżenia kosztów i ułożenia tego w odpowiedni program naprawczy. Z ministerstwa jest do wzięcia do 20 mln, jeśli złożony tam program będzie sensowny.
Tylko, czy tak naprawdę poza opowiadaniem, że chciało się uratować lecznicę dla mysłowickiej społeczności, nowa przewodniczka szpitala da radę? A nawet jeśli nie da rady, to z doświadczenia wiem, że za skutki nieudanych prezydenckich decyzji, nigdy „nie jest winien” prezydent. Bo zawsze znajdzie się jakiś ktoś, kogo prezydent wskaże swymi… pełnych demagogii usty.
Co daję pod rozwagę.
Grażyna Haska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze