Znowu nie udało mi się spędzić więcej czasu w zasięgu naszych mediów. Jednakże jak oznajmiłem w poprzednim artykule, wędrowałem po granicy. Przejeżdżałem także przez miasto w drodze do Zabrza. To, co teraz widać, na pierwszy rzut oka wszędzie wygląda tak samo. Jak się słusznie powiada - diabeł tkwi w szczegółach, ale na to wkrótce przyjdzie czas.

Nastał nam czas kwitnienia nawłoci. Niemalże wszędzie jest żółto za sprawą nawłoci kanadyjskiej oraz nawłoci późnej. Ta ostatnia, wbrew polskiej nazwie, potrafi tu i ówdzie zakwitać wcześniej. Generalnie różnica zasadza się w ogólnym wyglądzie roślin. Pierwszy gatunek jest silnie owłosiony. Drugi jest zasadniczo łysym. Prawdopodobnie tu i ówdzie trafiają się mieszańce pomiędzy nimi, ale to jest bardzo trudne do stwierdzenia. Generalnie przy inwazji tych żółtków zanika nasza rodzima nawłoć pospolita. Tym niemniej i ona została niejako przyłapana na kolaboracji z wrogiem. Mieszaniec jej z nawłocią kanadyjską to nawłoć Niederera. Mieszaniec jej z nawłocią późną to nawłoć Snarkisa.
Jednym z gatunków zaliczanych dawniej do tego rodzaju, uchowała się polska nazwa, zdaje się być nawłoć wąskolistna, która teraz nosi łacińską nazwę Euthamia graminifolia. Jej ojczyzną Ameryka Północna. W Polsce ma swoiste centrum ekspansji na wschód od Kotliny Kłodzkiej po Kraków. Sporo jest jej w okolicy Wrocławia. Osobiście po raz pierwszy, jeszcze w ubiegłym wieku, spotkałem ją w rejonie Stawów Groble w Chrzanowie. W pobliżu zasięgu naszej gazety póki co stwierdziłem ją w Jaworznie, między innymi na strefie pod Izerę oraz w Zabrzu. Naszą bohaterkę wyróżniają bardzo wąskie blaszki liściowe. Jej kuliste koszyczki skupiają się na szczytach gałązek rozgałęzionej łodygi. To podobno dla lokalnej flory najgroźniejszy przedstawiciel inwazyjnej flory nacierającej na nas z Ameryki Północnej. Możliwości jest więcej, bo sporo rozmaitych uprawianych roślin z sukcesem wybiera wolność poza ogrodem.

Należy zauważyć, że do ekspansji gatunków obcego pochodzenia, szczególnie z kierunku amerykańskiego, przyczyniają się pszczelarze, o czym czasami wspomina się tu i ówdzie. Widowiskowymi przykładami takiego działania są inwazje robinii akacjowej oraz czeremchy amerykańskiej. Owszem, nie były to jedyne powody ich wprowadzenia do flory europejskiej, ale przysłowiowe mleko rozlało się. Z nowych roślin miododajnych furorę zaczyna robić tulia kalifornijska z rodziny jasnotowatych. Siedemset kilogramów nektaru na hektar pożytku to nie w kij dmuchał. Póki co, nasza bohaterka trzyma się ogrodów i miejsc, gdzie została celowo posadzona. Roślinę lansowano podczas niedawnej imprezy w Miejskim Ogrodzie Botanicznym.

A poza tym, przejeżdżając przed miasto, zauważałem łany żółto kwitnącego pasternaku zwyczajnego z rodziny selerowatych. Ponad wszelaką zieleń wystają łodygi bardzo wysokich dziewann. Tutaj dominuje dziewanna wielkokwiatowa, którą poza sporymi kwiatami wyróżnia oskrzydlenie biegnące wzdłuż łodygi pomiędzy liśćmi. Gatunek znakomicie spełnia się jako mocny akcent w naturalistycznym ogrodzie.
Piotr Grzegorzek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze