Każdy, kto choć raz tworzył jakiś związek wie, a trudno wyobrazić sobie dorosłego człowieka bez jakiejkolwiek – krótszej lub dłuższej – relacji w swym życiorysie, każdy z takim bagażem życiowych doświadczeń wie, że po początkowym zauroczeniu, chemii, fizjologicznej miłości temperatura uczuć stygnie, zaś słupek napięć i konfliktów rośnie.
Trzeba - podobno - ze sobą rozmawiać i trzeba - na pewno - umieć ze sobą rozmawiać. Jak w starym publicystycznym programie: warto rozmawiać.
Trzeba i warto, bo napięcia i konflikty w relacjach się zdarzają, a nierozwiązane, zamiecione pod dywan pęcznieją jak pryszcze, wrzody i inne niezbyt przyjemne i estetyczne narośle.
Relacja pomiędzy prezydentem Mysłowic a jego drugim zastępcą miłością od wejrzenia, miłością totalną, miłością chemiczną, miłością jakąkolwiek nie jest. Jest raczej związkiem z rozsądku, by nie powiedzieć - związku z pieniędzmi.
Trochę tak jak w średniowiecznych opowieściach dnia codziennego. Bogaty kupiec (ówczesny, rządzącą Polską PiS) miał kilka córek. Powinien był wydać najstarszą, zgodnie z ówczesnym obyczajem, pierwszą za mąż. Nie była ona zbyt urodziwa, więc inne siostry z domu bogatego kupca sobie poszły i bogaty kupiec wyciągnął ze skarbca pieniądze, by partnera swej pierworodnej znaleźć.
Sypnął milionami biednemu kawalerowi. Sypnął milionami na wywóz odpadów niebezpiecznych i córkę z kufrem i posagiem do Mysłowic wysłał.
Tak zaczęła się historia trudnej miłości politycznej Dariusza i Mateusza, na gruncie politycznym zwanym koalicją Wspólnie dla Mysłowic - PiS.
Ja nie wiem, jak tam jest w środku, bo za kotary związków i relacji innych niż swoje, staram się nie zaglądać, ale ostatnio tak jakoś tam zaiskrzyło negatywnymi uczuciami, że na całej ulicy głośno był o pewnej kłótni.
Otóż - wedle plotki - pan prezydent z panem drugim zastępcą prezydenta wzięli się za łby (werbalnie nie fizycznie) na urzędniczym spotkaniu, naradzie, jakkolwiek takie wydarzenie nazwać. Wzięli się - od słowa do słowa - za nieprzyjemne dla drugiej strony słowa, bolesne i dotkliwe frazy, groźby podobno nawet, co wedle psychologicznej literatury jest przejawem toksyczności w związku.
Polityczni partnerzy w szale i szatańskim tańcu wzajemnych oskarżeń, w swym gniewie, a może i rozczarowaniu, zapędzili się tak daleko, że bolesne deklaracje: zrywam, nie chcę, mam dość, nie lubię, nie kocham, dalej pójdę sam padły i - ponoć - nawet zmaterializowały się w postaci sformułowania papierowego pozwu rozwodowego, deklaracji: ja z tym panem tańczyć już nie zamierzam od zaraz, od jutra, na zawsze.
Wieść o zerwaniu tego mariażu rozeszła się lotem błyskawicy po mieście. Sam odebrałem kilka telefonów od zatroskanych dzieci tego politycznego małżeństwa: co teraz będzie, bo będzie, i co będzie, jak Mateusza nie będzie, a jeśli nie będzie, to czy prezydent swój wzrok skieruje na pannę, której rąbkiem u spódnicy sam jestem, jako członek klubu radnych Koalicji Obywatelskiej.
Rzecz miała być pewna i nieodwracalna, takoż doświadczenie życiowe podpowiadało mi, że nie takie sceny w co bardziej temperamentnych związkach widywano. Niejedna, co bardziej sfrustrowana para, rozchodziła się i schodziła, dając ujście swym emocjom w takich właśnie awanturach. W niejednym związku, stłuczonych w kłótni talerzy, może posklejać się nie dało, bo jak tu jeść schabowego na rysie przesmarowanej butaprenem, ale ów związek i owszem, bo – jak głosi stare życiowe powiedzenie – czas leczy rany. A w biednym, z rozsądku małżeństwie - czas to czasami jedyne co mają.
Ile razy zerkniecie w internetowe poradniki w podobnej materii, przeczytacie, że w emocjach nie warto takich decyzji podejmować, że ostygnąć trzeba, zastanowić się, wycofać, dystansu nabrać i spojrzeć na to z szerszej perspektywy.
Słowa zostały rzucone, ale noc spokojnie przeszła w kolejny dzień, a w nim poselski terapeuta się zjawił, swe argumenty na stół wyłożył i rozwodowy pozew trafił do niszczarki. Małżeństwo z rozsądku trwa, choć trudno przewidzieć czy jest to już faza rozstania, czy faza zaprzeczenia, czy jakaś inna faza obliczona na wspólne interesy, na przykład uchwalenie budżetu, albo praca dla kolejnego radnego PiS z innego miasta, czy może – po prostu – wstyd przyznać się przed rodziną i warto na wspólnych zdjęciach wciąż się pojawiać.
Bo na wspólnych zdjęciach to zawsze wygląda fajnie. Szczęśliwa rodzina, szczęśliwi partnerzy, a zza drzwi czasem dobiegają niepokojące odgłosy, choć na zdjęciach są uśmiechy i uściski, to cienie na twarzy, a czasem zaciśnięte usta, wpadają tylko w wytrawne oko.
Z tych związkowych starć nikt nie wychodzi zwycięski. Poczucie szkody rośnie, a potencjalni następcy piszą lub dzwonią: heeeeej, jestem gotowy cię pocieszyć, pozbądź się go, bo żyjecie jak pies z kotem (a ileż to szczęśliwych par kocio-psich mieszka pod strzechami?), ja jestem gotów wziąć odpowiedzialność za drugie zastępstwo prezydenta i będzie lepiej, bo my - mysłowiczanie, zawsze się dogadamy i jakoś te kilka najbliższych lat w biedzie, bo biedzie, z rozsądku, bo z rozsądku przetrwamy. A będzie lepiej, bo być musi, zawsze jest lepiej, po zmianie, choć potem może być gorzej, bo samotność bywa nie do zniesienia.
Samotność na niwie polityki, to brak koalicjanta, gdy nie posiada się – z różnych względów tzw. zdolności koalicyjnej. Dlatego często egzotyczne i często toksyczne związki polityczne są trwalsze niż się wydaje.
Krzysztof Bąk
radny Mysłowic. Były dziennikarz Co Tydzień, Dziennika Zachodniego, TVS, TVP i Polsatu News oraz Wydarzeń.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Jako wyborca KO na podwórku krajowym i popierający DW na podwórku samorządowym uważam że dla dobra Mysłowic KO i WdM powinny sie dogadać. Myśle że byłby to dobry krok dla Miasta. W końcu DW ma poglądy raczej lewicowe a KO jakoś z się z lewicą dogaduje. No i pogonić MT :)
Nigdy w życiu !
Jako wyborca KO na podwórku krajowym i popierający DW na podwórku samorządowym uważam że dla dobra Mysłowic KO i WdM powinny sie dogadać. Myśle że byłby to dobry krok dla Miasta. W końcu DW ma poglądy raczej lewicowe a KO jakoś z się z lewicą dogaduje. No i pogonić MT :)
Nigdy w życiu !