Na politycznych salonach Mysłowic znowu wieje chłodem, a zasada „władza wie lepiej, więc cicho sza” ma się doskonale. Pamiętacie, jak dwa tygodnie temu pisałam o wycięciu opozycji z komisji w Szpitalu nr 2? Jeśli myśleliście, że to jednorazowy fikołek wójtowiczowej koalicji, to lipcowa sesja Rady Miasta brutalnie odarła nas ze złudzeń. Jawność w tym mieście stała się towarem tak luksusowym, jakby sprowadzano ją na specjalne zamówienie z Dubaju.
Weźmy na tapet radną Dorotę Konieczny-Simelę, która miała czelność poprosić prezydenta o… wpuszczenie na spotkanie z mieszkańcami ulicy Irysów. Ludzie boją się, że ich wąska dróżka zmieni się w autostradę do nowych domów. Przyszli więc po pomoc do radnej, a ta chciała po prostu posłuchać, co władza ma do powiedzenia, a zwłaszcza co chce obiecać mieszkańcom. I co na to prezydent Dariusz Wójtowicz? Zatrzasnął drzwi z wdziękiem urażonej gwiazdy rocka. Powód? Podobno radna nagrywa, napuszcza i ogólnie psuje atmosferę. Bo wiecie, kontrola najwyraźniej parzy w oczy, a urzędowy komfort psychiczny jest najważniejszy.
Prezydent zresztą dumnie ogłosił, że żadnego pilnowania nie potrzebuje. Ba, sypnął z rękawa dowodami na realizowane obietnice: szkoła na Laryszu – stoi, ulica Laryska – jest, sala „Olimpia” – wybudowana. Mieszkańcy Irysów mają więc spać spokojnie, bo alternatywna droga będzie i już, słowo harcerza! Brzmi pięknie, wręcz bajkowo. Szkoda tylko, że te prezydenckie bajki mają czasem dość mroczne zakończenia.
Radna Konieczny-Simela szybko zepsuła to samozadowolenie, wyciągając z szafy trupa z ulicy Akacjowej. Cztery lata temu prezydent też uroczyście przysięgał tamtejszym mieszkańcom, że miasto nie sprzeda sąsiednich działek. Ba, nawet kazał wycofać uchwałę w sprawie ich sprzedaży. Czar prysnął po dwóch latach, a dziś dwie z trzech parceli mają już nowych właścicieli. Reakcja prezydenta na tę demencję obietnicową? Klasyczne: „Sprawdzę temat, nie wszystko mam pod kontrolą”. Cóż za rozbrajająca szczerość!
Skoro pamięć w magistracie bywa ulotna, przypomnijmy inne hity. Skwer na Ćmoku też miał być bezpieczny, dopóki urzędnicy po cichu nie spróbowali opchnąć go lokalnemu biznesmenowi. Tylko czujność mieszkańców uratowała zieleń. A ta dumnie wspominana sala „Olimpia”? Powstała tylko dlatego, że rodzice dzieci ze szkoły specjalnej zorganizowali niemalże straż obywatelską, gdy prezydent lekką ręką wykreślił ją z listy inwestycji.
Obietnice naszej władzy są jak tanie fajerwerki – błyszczą pięknie, ale szybko gasną i zostawiają sporo dymu. Skoro sam prezydent przyznaje, że nie ma czasu kontrolować własnych podwładnych, nam, drodzy Mysłowiczanie, zostaje stara, sprawdzona zasada: umiesz liczyć? Licz na siebie. I pod żadnym pozorem nie mrugaj, kiedy władza patrzy ci w oczy!
Co daję pod rozwagę.
Grażyna Haska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze