Tydzień, który formalnie zamyka pierwsze półrocze pracy rady miasta, przyniósł decyzję, która na pierwszy rzut oka mogła się wydać jedną z wielu formalności przegłosowanych przed wakacyjną przerwą. W czwartek, na XXXII sesji, radni ustalili terminy spotkań wyborczych do rad dzielnic - osobno dla każdej z nich. Wybory odbędą się w okolicach września i października, niemal dwa lata od zakończenia poprzedniej kadencji. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym mocniej czuję, że to jedne z ważniejszych uchwał tego okresu - nie dlatego, że zmienią coś spektakularnie, ale dlatego, że dotyczą poziomu samorządu, który najczęściej pozostaje niezauważony.
Rady dzielnic nie mają w sobie nic z blasku sesji rady miasta. Nie są transmitowane, rzadko trafiają do lokalnych mediów, a ich posiedzenia toczą się gdzieś na uboczu, w salach osiedlowych czy świetlicach. A jednak to właśnie tam zapadają decyzje najbliższe codzienności mieszkańców - o chodniku, który od lat czeka na remont, o placu zabaw wymagającym doposażenia, o tym, czy ktoś w ogóle zgłasza do miasta problemy konkretnej ulicy czy osiedla. To najbardziej lokalna forma reprezentacji, jaka istnieje – i chyba właśnie dlatego najłatwiej ją zlekceważyć.
Dwuletnia przerwa, która teraz dobiega końca, pokazuje, jak kruchy bywa ten poziom demokracji. Kiedy kadencja rady dzielnicy wygasa i nie ma szybkiego następcy, mieszkańcy tracą - często niezauważenie - kogoś, kto reprezentuje ich interes przed urzędem miasta. Sprawy, które w innych okolicznościach zostałyby zgłoszone i wyegzekwowane, po prostu nie mają kto ich podjąć. Dlatego wrześniowo-październikowe wybory to nie techniczna formalność, tylko realna szansa na odbudowanie czegoś, czego przez dwa lata brakowało.
To, czy ta szansa zostanie wykorzystana, zależy w dużej mierze od dwóch rzeczy: frekwencji i jakości kandydatów. Rady dzielnic cierpią często na chroniczny brak zainteresowania - zarówno ze strony kandydujących, jak i głosujących. Łatwo powiedzieć, że to „tylko” rada dzielnicy, i przejść obok. Trudniej dostrzec, że to właśnie tam decyduje się, czy głos pojedynczego mieszkańca ma jakiekolwiek przełożenie na to, co dzieje się dosłownie za jego oknem.
Dlatego, patrząc na najbliższe miesiące, mam nadzieję, że wrześniowo-październikowe wybory potraktujemy poważnie - nie jako formalność do odhaczenia przed kolejną kadencją rady miasta, ale jako realną okazję do tego, by demokracja zaczynała się nie w ratuszu, a o krok od własnego domu.
Zawsze z myślą o naszym mieście. Mateusz Partyka - dla Mysłowic.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze