To znamienne, że pierwszymi uchwałami, które nie organizują pracy rady miasta, a którymi zajmą się radni na dzisiejszej sesji, są uchwały zadłużające Mysłowice jeszcze bardziej niż do tej pory.
O tym, że miasto jest na finansowym dnie wiadomo nie od dziś. Przynajmniej dla sporego grona tych mieszkańców, którzy realnie patrzą na wszelkie sprawozdania finansowe i oficjalne komunikaty. Bilans na dziś jest taki, że do ponad 150 mln zł pożyczek zaciągniętych już przez miasto, do mniej więcej setki milionów złotych poręczenia dla MPWiK, ok. 60 mln zł składek niezapłaconych metropolii za autobusy i tramwaje, ponad 20 mln zł kilkuletnich długów szpitala, dojdą kolejne dziesiątki milionów obligacji.
Warto wspomnieć, że w ciągu ostatnich miesięcy, jeszcze w poprzedniej kadencji, radni Mysłowic nie zgodzili się, by wyemitować papiery dłużne na kwotę 66 mln zł. Gdyby dali taką zgodę bylibyśmy jeszcze bliżej dna niż jesteśmy. Ale teraz możemy zanurzyć się jeszcze bardziej.
Nie minęły jeszcze trzy tygodnie od rozpoczęcia nowej kadencji. Rada miasta zebrała się do tej pory dwa razy, dziś będzie trzeci. Pierwsza sesja – to ślubowanie, zaprzysiężenie i wybór nowego szefa rady miasta. Szlus. Druga nadzwyczajna, zwołana przez proprezydenckich rajców Wspólnie dla Mysłowic i PiS – to zagarnięcie praktycznie wszystkich funkcji dla siebie. Obie, można by rzec – organizowały prace radnych w nowej kadencji.
Teraz posiedzenie trzecie, już z bieżącymi uchwałami. I od razu bum! Pan prezydent prosi o zgodę na wyemitowanie 35 mln zł obligacji. Po co mu one? By m. in. zapłacić za remont torowiska, remonty Armii Krajowej, Wojska Polskiego i okolicznych ulic. Oraz by spełnić po wielu latach niespełniania swą obietnicę wyborczą z 2018 roku, czyli wybudowanie schroniska dla zwierząt.
Biorąc pod uwagę stosunki panujące w sali sesyjnej, jest prawie pewne, że kochający życie na kredyt prezydent zgodę na dalsze zadłużanie miasta otrzyma. Radni z jego listy raczej się nie wychylają. Radni PiS nie po to zawierali koalicję wybierając jednego ze swoich do fotela przewodniczącego rady, by teraz okazywać troskę o stan finansów miasta. Tym bardziej, że jeden z nich, były wiceprezydent, przebiera nogami, by zastępcą Dariusza Wójtowicza znów zostać.
We wtorek nad budżetowymi uchwałami pochylili się członkowie dwóch komisji: finansów i gospodarki. Jeżeli głosowanie nad opiniami o tych projektach uchwał ma być prognozą, to tak, w piątek obudzicie się Państwo w mieście zadłużonym o kolejne 35 mln zł. To pewne uproszczenie, bo wyemitować obligacji nie da się w ciągu kilku godzin, ale raczej prędzej niż później pożyczka trafi do miejskiej kasy. Co ciekawe, rachunek za tę nieudolność i finansową fanaberię spłaci nie Dariusz Wójtowicz, ale przyszły prezydent Mysłowic, bo pierwsze obligacje mają być wykupione dopiero w... 2032 roku.
Dla mnie nie jest to żadne zdziwienie. Innego pomysłu na zasypanie pustki w miejskiej kasie nie ma. Co uderzające, podwładni prezydenta otwarcie przyznali w czasie tego posiedzenia komisji, że to najłatwiejszy sposób. Otwarcie przyznali również, że wciąż nie udało się przygotować programu naprawczego, oszczędnościowego, że należy się go spodziewać dopiero w lipcu. Cóż więc robiono nad pustą kasą przez ostatnie pół roku, nie wiadomo.
Jedynym pomysłem na zwiększenie wpływów na urzędowy rachunek w banku jest sprzedaż miejskich gruntów. To nie jest zły pomysł, bo w Mysłowicach leżą całe połacie niezagospodarowanej ziemi. Ale znów zaskoczenie. W pierwszym pakiecie uchwał wyrażających zgodę na sprzedaż trafiły głównie te działki, których sprzedaż oprotestowali i okoliczni mieszkańcy, i radni, i członkowie rad dzielnicowych.
Na Ćmoku, dajmy na to, przy ul. Partyzantów, o skrawek zieleni bije się (najpewniej) pobliska firma i mieszkańcy, którzy od kilku lat walczą, by w ramach budżetu obywatelskiego wykonać tam teren rekreacyjnych. Na pograniczu Larysza i Morgów o niewielki kawałek gruntu walczy deweloper. Ale protestują mieszkańcy tych dzielnic obawiający się, że ów przedsiębiorca wybuduje tam tyle mieszkań, że samochody nowych mieszkańców zakorkują Sienkiewicza, Ofiar Września i zwiększą zagrożenie dla chodzących tam dzieci. Przy Fabrycznej zadrzewiony skrawek ziemi, oddzielający mieszkańców domów jednorodzinnych od uciążliwej firmy, również ma trafić pod młotek – mimo wieloletnich protestów.
Każdą z tych potencjalnych transakcji urzędnicy tłumaczą koniecznością zapełnienia miejskiej kasy. To dobry argument przy wielometrowych działkach, jak na przykład wyceniona na ponad 2 mln zł działka przy Obrzeżnej na Ćmoku, ale kilkanaście tysięcy, czy kilkadziesiąt za małe skrawki, które dziś ratują spokój mieszkańców, to jakąś absolutne szaleństwo.
Ale ta sytuacja pokazuje jedno. Nieważne ile edycji budżetów obywatelskich i konsultacji społecznych władze Mysłowic by nie zrobiły, nieważne na ilu festynach i w ilu postach zapewniałyby, że pierwsze, co im leży na sercu, to dobro mieszkańców, to jak przychodzi co do czego, okazuje się, że zdanie mysłowiczan jest najmniej ważne.
Jestem tym porażony, jestem tym przygnieciony, że w 2024 roku, gdy wiele miast odchodzi od betonozy i sadzi na potęgę drzewa, w Mysłowicach rżnie się wieloletnie i grube konary na małych ulicach, bo zaplanowano tam remont nawierzchni. Jestem przygnębiony, że w XXI wieku, gdy od lat mieszkańcy miast wskazują, że komfort życia, jakość – tereny rekreacyjne są dla nich najważniejszą sprawą, przedkłada się te oczekiwania, by za kilkaset tysięcy sprzedać jakiemuś przedsiębiorcy grunt.
Coś, co mnie absolutnie dziwi, to obserwacja, że słowa protestu mieszkańców są przyjmowane ze zdziwieniem, by nie powiedzieć niedowierzaniem, a moje przypomnienie, że w radzie miasta reprezentujemy mieszkańców i powinniśmy słuchać ich głosu, zostało przez kolegów z proprezydenckiej frakcji nazwane: próbą lansu. Nie wiem, po co oni przyszli do samorządu, ale ja akurat po to, by walczyć o to, by Mysłowice stały się miastem czystym, dobrze zarządzanym, wygodnym do życia i przyjaznym mieszkańcom. Ale chyba wiele wody w Przemszy upłynie, nim część radnych, urzędników i włodarzy zrozumie, że nowoczesne miasto to takie, w którym głos mieszkańca jest ważniejszy niż wola prezydenta.
Krzysztof Bąk
radny Mysłowic. Były dziennikarz „Co Tydzień”, „Dziennika Zachodniego”, TVS, TVP i Polsatu News oraz Wydarzeń
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
"...Radni z jego listy raczej się nie wychylają...." - radni z jego listy albo nie wiedzą o co chodzi, albo mają synekury....innej opcji nie ma
"...Radni z jego listy raczej się nie wychylają...." - radni z jego listy albo nie wiedzą o co chodzi, albo mają synekury....innej opcji nie ma