Reklama

Tusty czwortek, łostatki i śledzik

13/02/2021 14:56

Ludzie na przełomie XIX i XX wieku przygotowywali się do nadchodzącego wielkiego postu w sposób konkretny, ale też nie bez przyczyny. Dziś ten czas w życiu przeciętnego mieszkańca okolicy Mysłowic trochę nam się rozmazuje. Nie ma jedzenia postnego - w zasadzie nawet praktykujący katolicy spożywają w tym czasie zwyczajne jedzenie, takie jak w innym czasie. Słuchamy muzyki, oglądamy telewizję, gramy w gry komputerowe. Niczym ten czas nie różni się od każdego innego. Jedynie przypominają o tym czasie nabożeństwa wielkopostne w kościołach, w których też proporcjonalnie mało ludzi uczestniczy oraz dni z postem ścisłym jak środa popielcowa czy Wielki Piątek.

Pozostały za to trzy ostańce, które miały sprawić, że człowiek się nabawił i nacieszył przed czasem pokuty. To trio imprezowe praktykowane jest do czasów współczesnych. Choć wyrwane z kontekstu kulturowego, cieszy ludzi i dlatego chętnie jest kultywowane. Chodzi oczywiście o tusty czwortek, łostatki i śledzika. Przez te 120 lat imprezy niewiele się zmieniły, jednak nieco inne zwyczaje były przy tej okazji praktykowane.

Tusty czwortek poprzedzał środę popielcową, dzień o poście ścisłym, w którym nie jedzono właściwie nic. Ludzie pamiętając, co ich czeka, przygotowywali się do tego dnia, a potem całego czterdziestodniowego okresu wyrzeczeń. Dlatego piekli pączki (kreple), chrusty i inne smakołyki. Chętnie spotykali się, by wspólnie, wśród radości, śmiechu, żartów, a nieraz też tańców i śpiewów zajadać się kreplami i innymi słodkościami. Oczywiście nie za długo, wszak następnego dnia trzeba było wstać do obowiązków i pracy. Jednak starano się najeść na zapas, by starczyło na cały post i nie chciało się zbytnio słodkości przez kolejne tygodnie.

Reklama

Ten dzień nie ma konkretnej daty, wszak należy do świąt ruchomych związanych z obchodzeniem Wielkanocy. I od niej jest uzależniony termin środy popielcowej oraz poprzedzającego ją tustego czwortku.

Źródła tej tradycji trzeba doszukiwać się w starożytnym Rzymie. Wtedy spożywano pączki z ciasta chlebowego, które jednak było nadziewane słoniną lub tłustym boczkiem. Mówiono na tę okazję tłusty dzień i czczono w ten sposób nadchodzącą wiosnę. Dopiero w świecie chrześcijańskim utarło się, że ten tłusty dzień przesunięto na koniec karnawału z powodu postów religijnych. W efekcie narodził się tusty czwortek. Początkowo pączki były ze słoniną, ale w późniejszym czasie zaczęło się to zmieniać. Zamiast słoniny dodawano orzechy, a potem marmoladę. Zmieniło się też ciasto - z chlebowego na pszenne. Zaczęto robić takie kreple, jakie znamy obecnie.

Reklama

Drugim dniem, w którym hucznie świętowano były ostatki. Stare przysłowie mówiło „jak łostatki to łostatki, niych sie trzynsôm babske zadki”. Organizowano wtedy huczne zabawy. Często karczmarze w karczmach i gospodach zapraszali muzykantów i ogłaszali w swoich lokalach imprezy ostatkowe. Tańczono i bawiono się do późnych godzin nocnych. Wszak trzeba było się nacieszyć tańcami na cały post. Wtedy takich imprez nie ma.

Zachowała się legenda o starej karczmie wzdłuż traktu z Mikołowa do Krakowa. Karczma stała tuż przed Dziećkowicami, oddalona od tej miejscowości i sąsiednich Kosztów także. Tam się zbierali ludzie na hucznych zabawach. Ale jak się zaczął post, to także imprezowali, wszak nikt nie widział i nie słyszał, a przychodzili tylko wtajemniczeni. I w czasie takiej wielkopostnej zabawy karczma się z hukiem zapadła. Razem z uczestnikami. A dziura po niej jest widoczna do dziś. Ludzie przekazywali sobie taką legendę przez pokolenia, jako wyraz gniewu bożego. Nikt w całej okolicy nie ważył się organizować ani uczestniczyć w imprezach w czasie wielkiego postu.

Reklama

Wreszcie śledzik zamyka imprezowe trio, które miało przygotować ludzi do czasu pokutnego. Ludzie zbierali się w domach lub karczmach, by się bawić. Ale przygotowywano często potrawy ze śledzia. To był jeden z elementów, dlaczego tak nazwano imprezę. Drugim powodem był fakt, że na czas imprezy do drzwi wyjściowych przybijano słonego śledzia.

Do lokali przychodziły kapele, byli wodzireje. Ludzie bawili się do upadłego. Ale tylko do północy. Jak wspominał kiedyś Erwin Włosek z Kosztów (pochodził ze znanej rodziny muzykantów - mówiło się o nich, że za co złapią, to na tym potrafią grać, przez wiele lat był kierownikiem muzycznym „Kosztowioków”), że o północy muzyka cichła. Ostatnimi akordami zabawy ostatkowej był pogrzeb basa. W czasie tego obrzędu zamykającego imprezy karnawałowe wzorowano się na obrzędach pogrzebowych. Bas to duży instrument, mający duży futerał. Ustawiano futerał na krzesłach w pozycji leżącej, jak się układało trumny. Następnie uroczyście składano do niego basa (kontrabas) i w ciszy zamykano. Czterech mężczyzn podnosiło go i kładło sobie na ramiona (jak się wynosi trumnę) i przy dźwiękach marszu pogrzebowego uroczyście wynoszono basa z lokalu. To był znak, że jest koniec tej imprezy i wszelkich imprez aż do Wielkanocy. Tylko trzeba było pamiętać o jeszcze jednej czynności. Pary, które rozchodziły się w ciszy, wychodząc musiały przy drzwiach wyjściowych podskoczyć i polizać słonego śledzia. To wyraźne przypomnienie, że zaczyna się czas postu - suchych kartofli i królowania na stołach właśnie śledzia. Słonego.

Reklama

Tomasz Wrona

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo ctMyslowice.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości