Gdyby koniec świata przyszedł do Mysłowic, mógłby z pełnym przekonaniem powiedzieć: ja tu już byłem.
Gdzieś w czeluściach internetu mignął mi taki mem i przypomniałem o nim sobie w długaśnym koreczku przy Katowickiej w dzień powszedni, co prawda, ale w godzinach absolutnie nie szczytowych. Sznur aut na skrzyżowaniu Katowickiej i jej przedłużeniu: Oświęcimską z Krakowską nie dziwi mnie absolutnie. Droga krajowa ruchliwą jest od zawsze. Sygnalizacja świetlna bywa, jak w wielu podobnych przypadkach, niewydolną, a na dodatek: to szlak powrotu do domów licznie pracujących w stolicy województwa śląskiego mieszkańców części Sosnowca i Jaworzna. Na szybkość przejazdu wpływ również ma niekończąca się i dramatycznie opóźniona przebudowa Starokościelnej i Bytomskiej, w tym miejscu owocująca budową ronda pomiędzy sądem, kościołem a komendą policji.
Stałem więc sobie cierpliwie w tym mechanicznym sznurze na Katowickiej, nigdzie się nie spiesząc. Stałem sobie cierpliwie gorącym, sierpniowym, wczesnym popołudniem, nigdzie nie pędząc, bo miałem dzień wolny akurat, a w takie dni, jak wiadomo, dobrze się nigdzie nie spieszyć. Kwadrans wte, pół godziny wewte, w ogólnym rozrachunku nie mają bowiem żadnego znaczenia. Czym jest rok wobec wieczności - zapytałby filozof?
Wobec wieczności niczym. Ale poczucie upływającego czasu to rzecz względna. Bardzo względna. I choć sekunda, minuta, godzina to zawsze sekunda, minuta, godzina, to każdy wie, że czas płynie raz szybciej, raz wolniej - w zależności do tego, czego spodziewamy się w najbliższej przyszłości.
Termin zapłaty comiesięcznej raty, rachunku przychodzi szybciej niż powinien.
Czas pomiędzy jedną wypłatą a drugą jest dłuższy niż powinien.
Planowany czas zakończonej inwestycji, remontu zwykle przekracza plan, o czym w Mysłowicach nikogo przekonywać nie trzeba.
Spieszyć się nie należy - radzą współcześni magowie od stanu ducha i poczucia szczęśliwości. Osobiście spieszę się kiedy muszę, na przykład teraz, choć wciąż korzystam z wolnego dnia i leniwego przedpołudnia, bo wiem, że gdzieś tam na efekty mojego stukania w klawiaturę czeka wydawca, grafik, a koniec końców i drukarz kolejnego wydania „Co Tydzień”. Spieszę się teraz i jednocześnie nie spieszę, bo w to sierpniowe, jeszcze nie gorące przedpołudnie, piszę te słowa w zadziwiająco miłych i relaksujących okolicznościach, korzystając z gościnnego leżaka pobliskiego salonu fryzjerskiego pani Bożeny. Leżak usadowiłem na soczyście zielonym trawniku. Ekspansję gorącego słońca bohatersko powstrzymuje stara, pochylona wierzba, o tak pokrętnym kształcie jak tylko może sobie natura wymyślić, bo nie ma lepszych dzieł niż te spod pędzli i dłut natury. Siedzę i zerkam na życie za wierzbą, bo tam ruchliwa Mikołowska i ludzie z torbami, ze sprawunkami, ze swymi myślami. Jedyne co mnie ogranicza, to dedlajn redakcji i bateria w laptopie, bo te - z biegiem czasu, czas jednak biegnie nieubłaganie, skracają możliwość pisania na leżaku, z dala od elektrycznego gniazdka, w sposób istotny, wyraźnie odczuwalny.
Gdy stałem w mechanicznym sznurze przy Katowickiej, nie złoszcząc się na jego długość, bo jednak człowiek się przyzwyczaja, łatwiej do dobrego, ale i złe staje się codzienne i akceptowane, był wtorek, zegar wskazywał mniej więcej czternastą, samochodowy termometr nie mógł zdecydować się czy wyskoczyć ponad 30 stopni, kamienice przy Katowickiej chłodziły swym cieniem rozgrzaną jezdnię, ale za światłami asfalt grzał się niemiłosiernie. Gorący był nie letnim słońcem, a wnętrzem drogowej maszyny czyniącej go płynnym i plastycznym, podatnym na wpływ łopaty i walca, miękkim jak ciasto na domowe pierogi. Gorąca masa stygła ubijana, a kierowcy samochodów lawirowali między pomarańczowymi słupkami, rozstawionymi tak, by ów fragment nowej nawierzchni na newralgicznym mysłowickim skrzyżowaniu mógł stwardnieć jak stwardnieć powinien.
Był wtorek, dwa dni po niedzieli i ten fakt ma znaczenie takie, że asfalt w tym miejscu zdarty miał być w sobotę, a nowy miał stygnąć w niedzielę, wieńcząc dzieło, zwane oficjalnie: „przebudową zapadniętych wpustów drogowych”. Ów dzieło, wedle oficjalnego komunikatu z centrum sterowania Mysłowicami, miało dziać się „w weekend, a gdy zaistnieje taka potrzeba, w godzinach nocnych”. Nie wiem czy się działo i czy potrzeba nocnej aktywności zaistniała, ale względność czasu zadziała się w naszym mieści po raz kolejny. Weekend urósł do miana weekendu długiego. Sobota i niedziela zlała się w toku prac z poniedziałkiem i wtorkiem, a może nawet i środą, dając przyczynek do twierdzenia, że nie ma takiej naprawy, nie ma takiej przebudowy w Mysłowicach, której nie można wydłużyć, czyniąc życie mieszkańców nieco trudniejszym.
Zaiste to ciekawe, że nawet tak małe naprawy, wpusty takie niepozorne, ciężko połatać w terminie.
Czas w Mysłowicach musi mieć inne znaczenie. W ósmym miesiącu roku bieżącego wciąż brak planu naprawczego miejskich finansów, a przecież każdy kolejny miesiąc zwłoki problemów finansowych nie rozwiązuje, a potęguje. W pobliskim Zabrzu nowa władza, władzę dzierżąc w nowej kadencji dokładnie od tego samego dnia, co władza w Mysłowicach, dokonuje kolejnych oszczędności i cięć, widząc jak bardzo pusta w miejskiej kasie jest dotkliwa. W Mysłowicach wciąż liczą, jakby liczyli na cud, zbawienie i mannę z nieba. Albo na koniec świata, który przyjdzie i powie, jak w memie: o kurczę, ja już tu byłem. Albo mieli w pamięci rady zachęcających do staranności nauczycielek: spiesz się powoli.
I będzie jak w „Piosence o końcu świata” Czesława Miłosza. Dopóki zwlekać będziemy, dopóki proste rzeczy czynić będziemy skomplikowanymi bardziej niż są, dopóki o przydatności dla miejskiej administracji więcej znaczyć będzie: bierność, mierność i wierność, innego końca świata nie będzie.
Krzysztof Bąk
radny Mysłowic. Były dziennikarz Co Tydzień, Dziennika Zachodniego, TVS, TVP i Polsatu News oraz Wydarzeń.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze