Po wtorkowej komisji finansów mam dla Was dwie wiadomości. Obie złe. Choć na osłodę dołożę na końcu jedną – dobrą.
Wakacyjna przerwa, również w miejskich sprawach, dobiegła końca. Na czwartek, 29 sierpnia zwołano kolejne posiedzenie rady miasta. Jedną z uchwał, jakie trafiły na pulpity radnych są oczywiście zmiany w budżecie.
Zawsze, gdy słyszę zmiany w budżecie, spodziewam się zmian fundamentalnych, później okazuje się, że to raczej kosmetyka, by nie powiedzieć pudrowanie, a raczej dosypywanie. Dosypywanie nie pełną garścią, nie według potrzeb, ale miarą powszechnie stosowaną w przepisach kulinarnych – szczyptą.
Szczyptę tu, szczyptę tam, to raczej zmniejszanie dziury niż jej zasypywanie. Albo urealnianie, bo na przykład pięć mysłowickich szkół otrzymało dofinansowanie z unijnych funduszy na zajęcia dodatkowe dla swoich podopiecznych. Takie pieniądze z zewnętrznych źródeł trzeba wprowadzić do budżetu, żeby szkoły mogły je wydać.
Zmniejszaniem i to rozpaczliwym dziury nazwałbym transferowanie pieniędzy z miejskiej kasy na konta miejskich instytucji.
Jeżeli uchwała, o której mówię zostanie przyjęta, to 500 tys. zł trafi do Mysłowickiego Ośrodka Kultury, 400 tys. zł do Miejskiej Biblioteki Publicznej, a 50 tys. zł do Muzeum Miasta Mysłowice.
Fajnie. Problem w tym, że ten transfer nie rozwiązuje ostatecznie żadnego problemu tych instytucji – nie pokrywa w całości zapotrzebowania. Jest działaniem doraźnym i niewystarczającym.
W czasie komisji finansów Michał Skiba – dyrektor MOK, powiedział, że przyznane mu w tym roku pieniądze skończyły się dokładnie 14 sierpnia. Miesięcznie na utrzymanie kierowanej przez siebie jednostki potrzebuje ponad pół miliona złotych. Mniej niż mu teraz zaproponowano. Żeby dociągnąć do końca roku potrzebuje ponad 2,7 mln zł. Bo całoroczny budżet tej instytucji to ponad 7,5 mln zł.
Zaplanowany koszt funkcjonowania Miejskiej Biblioteki Publicznej to ok. 4,3 mln zł. 400 tys. zł, podobnie jak w przypadku MOK-u, problemu nie rozwiązuje. Trzeba jeszcze grubo ponad milion złotych do końca roku.
Mniejsze potrzeby ma mysłowickie muzeum. Do domknięcia bieżącego budżetu brakuje „tylko” 177 tys. zł.
Te pieniądze trzeba będzie znaleźć.
Niepokoi mnie fakt, że wciąż nie wiadomo ile brakuje, by było jak jest, czyli słabo. Słabo, czyli w sposób umożliwiający przetrwanie.
O łączną kwotę niedoborów pytałem na jednej z pierwszych sesji tej kadencji, w maju. Odpowiedzi nie dostałem.
Szczątkowe informacje udało mi się zebrać zadając pytania – czy to w czasie komisji, czy to w czasie sesji. Wstępny rachunek wygląda tak:
- pomoc społeczna – ok. 8 mln zł,
- MOK – 2,7 mln zł,
- biblioteki – ponad 1 mln zł,
- muzeum – 177 tys. zł.
Łącznie: 12 mln zł, a brak w tym zestawieniu choćby MOSiR-u, choćby utrzymania czystości i wywozu śmieci, do których we wspomnianej uchwale również dosypywane są pieniądze.
To wszystko sprawia, że zastanawiam się, czy nie zaproponować zmiany nazwy komisji finansów i rozwoju, której jestem członkiem, na: komisję braku finansów i marazmu, choć akurat antonimów (przeciwieństw) słowa rozwój można znaleźć więcej: zastój, regres, cofnięcie, zanik – w pierwszym odruchu tylko te mi przyszły na myśl.
Żeby było jasne. Nie mam złudzeń, że w urzędzie są osoby – choćby prezydent i skarbniczka, które mają świadomość ile brakuje. To prosta operacja. Wystarczy do niej arkusz Excel i trzy, cztery kolumny: zestawienie ubiegłorocznego budżetu danej jednostki, wartość obecnego budżetu, planowany budżet na ten rok. W czwartej kolumnie, po odjęciu od cyfr z trzeciej – liczb z drugiej, wyjdzie brak. Wystarczy jeszcze, gdzieś na dole, zsumować otrzymane wyniki.
Dlatego nie wierzę, że nikt nie wie. Raczej podejrzewam, że wiedzą, ale nie powiedzą. Bo po co? Przecież drzewa się zielenią, słońce świeci, potańcówki się odbywają.
I to jest pierwsza zła wiadomość. Że nie wiadomo (oficjalnie): ile.
Druga zła wiadomość jest taka, że w tej ciężkiej, by nie powiedzieć beznadziejnej sytuacji, nie ma pomysłu, jak pewne wydatki ograniczyć. A jeżeli jakiś pomysł się pojawia, jak ostatnio w pionie edukacji, by zredukować etaty pracowników administracji i obsługi, to – nie oceniam go, bo nie znam jeszcze szczegółów, jest on podany tak, że o pomstę do nieba woła. Na ostatnia chwilę, bez negocjacji, bez konsultacji, być może nawet z ominięciem albo naruszeniem prawa. Nie dziwię się ani oburzeniu konkretnych pracowników, którzy do mnie pisali i dzwonili w tej sprawie, ani protestom oświatowych związków zawodowych.
Pomysłu nie ma, bo choć w miejskiej kasie wieje pustką, to nie słyszałem o jakimś szerszym programie oszczędnościowym. To znaczy, słyszałem, że ma być, ale wciąż go nie wiedziałem. Miał być w lipcu, sierpniu, jesteśmy u progu września, za chwilę rozpocznie się ostatni kwartał 2024 roku, wciąż go nie ma. Będące w równie kiepskiej kondycji finansowej Zabrze, po zmianie władzy zaczęło oszczędzać. Miejski teatr nie zrobi żadnej premiery i nie zorganizuje festiwalu, który robił od lat. Dzięki temu dotacja z miejskiej kasy może być mniejsza? A w Mysłowicach? Sami Państwo wiecie, oczekiwane budżety są większe (np. biblioteki), bo wzrosły przecież – jak usłyszałem na komisji finansów, pensje minimalne i ceny prądu.
Dobra wiadomość jest taka, że być może już w tym roku do samorządów trafi więcej pieniędzy. Dobrze brzmią również zapowiedzi ministra finansów, że w przyszłym roku podatki będą dzielone w sposób korzystniejszy dla miast. Jest szansa, że do Mysłowic spłynie kilkanaście, kilkadziesiąt dodatkowych milionów i deficyt będzie mniejszy, będzie lżej. Ale zakładam się już dziś o kawę z Orlenu albo Żabki, że – bez zmiany spojrzenia na miejskie finanse – więcej będzie tylko potańcówek na Rynku. Je też trapi poważny deficyt uczestników.
Krzysztof Bąk
radny Mysłowic. Były dziennikarz Co Tydzień, Dziennika Zachodniego, TVS, TVP i Polsatu News oraz Wydarzeń.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
W MOKu to akurat na biede nie narzekajq. Podwyzki sa, etatow sie nie tnie choc nie wszystkie sa potrzebne (np byla dziewczyna pana wiceprezydenta). Co roku narzekaja jak to brakuje im pieniedzy ale bez myslenia o oszczednosciach.
Dlaczego nie rozpiszą przetargu na śmieci? Może prywatna firma np. Alba, czy taki remondis byłyby tańsze niz zomm? Zastanawiał się ktoś nad tym?
Już od połowy poprzedniej kadencji na sesjach pojawiały się wnioski o program naprawczy finansów, program priorytetów w funkcjonowaniu miasta. Miało ono wielką szansę dzięki środkom finansowym pozyskanym przez władze(chwalono się nimi podczas kampanii ) na autentyczny rozwój. Gdzie one są,?- bo w ogólnym obrazie tego, co nas otacza ich nie widać. Mówiono już wcześniej o oszczędnościach, no ale przecież trzeba było za wszelką ceną wygrać wybory i nie zrażać wyborców! Teraz pojawia się cała skala podwyżek i zwolnień, nazywanych, zgodnie z "nowomową"- optymalizacją, racjonalizacją wydatków, urealnieniem, itp. Cały potok słów, bełkot polityczny, żeby dużo mówić, ale treściwie nic nic nie powiedzieć. Dodatkowe środki o których mówi autor felietonu niewiele zmienią, bo znowu się rozpłyną i znowu będzie funkcjonować to słynne powiedzenie( tak obśmiane przez obecnego włodarza)- "ni ma i niy bydzie piniendzy"!
Ale jakie braki finansów. Mysłowice mają pieniędzy chyba za dużo, redukcja etatów w oświacie, ale w ITVM nowe twarze. Przecież nie za darmo. Ich wynagrodzenia kosztują. I jeszcze jeden pan, który po wpłacie 20 000 na komitet wyborczy ,po wygranej dostaje stanowisko w urzędzie i to nie na najniższą krajową. Na to są fundusze, a obsługa w oświacie niech pracuje na pół etatu, a co.
Bezmyślność bije po oczach
W MOKu to akurat na biede nie narzekajq. Podwyzki sa, etatow sie nie tnie choc nie wszystkie sa potrzebne (np byla dziewczyna pana wiceprezydenta). Co roku narzekaja jak to brakuje im pieniedzy ale bez myslenia o oszczednosciach.
Dlaczego nie rozpiszą przetargu na śmieci? Może prywatna firma np. Alba, czy taki remondis byłyby tańsze niz zomm? Zastanawiał się ktoś nad tym?
Już od połowy poprzedniej kadencji na sesjach pojawiały się wnioski o program naprawczy finansów, program priorytetów w funkcjonowaniu miasta. Miało ono wielką szansę dzięki środkom finansowym pozyskanym przez władze(chwalono się nimi podczas kampanii ) na autentyczny rozwój. Gdzie one są,?- bo w ogólnym obrazie tego, co nas otacza ich nie widać. Mówiono już wcześniej o oszczędnościach, no ale przecież trzeba było za wszelką ceną wygrać wybory i nie zrażać wyborców! Teraz pojawia się cała skala podwyżek i zwolnień, nazywanych, zgodnie z "nowomową"- optymalizacją, racjonalizacją wydatków, urealnieniem, itp. Cały potok słów, bełkot polityczny, żeby dużo mówić, ale treściwie nic nic nie powiedzieć. Dodatkowe środki o których mówi autor felietonu niewiele zmienią, bo znowu się rozpłyną i znowu będzie funkcjonować to słynne powiedzenie( tak obśmiane przez obecnego włodarza)- "ni ma i niy bydzie piniendzy"!