No i udało się! Przetarg na odbiór i zagospodarowanie śmieci wypalił, choć było mocno pod górkę. Najpierw zasady przetargu nie spodobały się zainteresowanym. Wysłali więc do naszej pani naczelnik ponad 40 pytań o wyjaśnienia proponowanych zasad i wnioskowali o wprowadzenie zmian. Były też skargi do KIO — organu pilnującego prawidłowości przeprowadzania przetargów publicznych. Potem trzeba było aż dwa razy wydłużać termin składania i otwarcia ofert, by ogarnąć to zamieszanie i już wydawało się, że będzie kicha, ale ostatecznie mamy to!
Przystępną cenę — 30 milionów na rok — zaoferowało konsorcjum Alby, lider konsorcjum z mysłowickim ZOM-em, jako partnerem. To jedyna oferta jak wpłynęła, ale jakże ważna. Wynik przetargu to klarowne miesięczne faktury bez przekładania zapłat na następny rok i bez dodatkowych rocznych rozliczeń. Można powiedzieć: super! Tylko komu dziękować? Magistrackim urzędnikom czy spółce ZOM, która musiała rzutem na taśmę zadbać o swój byt, jako partner u boku lidera konsorcjum? Przegrany przetarg byłby wielkim kłopotem dla miejskiej spółki i jej pracowników. Było więc o co się bić szefowi ZOM-u, a działania musiały być skuteczne.
Wszak wiadomo, że poważni śmieciowi gracze, jak Alba, Remondis czy Master gwarantują pełny zakres usług: odbiór odpadów i ich przetwarzanie. Nie potrzebują więc partnerów oferujących tylko odbiór odpadów, takich jak ZOM. No, chyba że ci mają jakąś kartę przetargową, czyli np. PSZOK-i. To teraz obowiązujące ogniwo w zagospodarowaniu odpadów i firma startująca w przetargu musi go mieć w danym mieście albo też go zorganizować, jak wygra. Wprawdzie mysłowicki ZOM, jest właścicielem mysłowickich PSZOK-ów, ale tym razem nie miało to znaczenia.
Urzędnicy z magistratu nomen omen zrobili psikusa ZOM-owi. Dając oferentom zaledwie kilka tygodni na rozpoczęcie obsługi mysłowickiego rynku odpadów, by zminimalizować wymagania, ogłosili przetarg bez obsługi PSZOK-ów. To kolejna urzędnicza niedoróbka w tym postępowaniu. Teraz ZOM, by znaleźć chętnych do zagospodarowania odpadów z PSZOK-u musiał sam ogłosić przetarg. I po co takie kombinacje?
A wystarczyło — jak wnioskował radny Antoni Zazakowny — powierzyć odbiór odpadów od mieszkańców ZOM-owi, a przetarg ogłosić tylko na ich zagospodarowanie. Byłoby prościej, bezpieczniej dla miejskiej spółki, bez dodatkowego zamieszania i byłby czas na porządkowanie systemu z korzyścią na przyszłe lata.
Dobrze, że choć cena, jaką miasto będzie musiało płacić za tę usługę, jest do przyjęcia. 30 milionów za rok pozwoli miastu ograniczyć zasypywanie śmieciowej dziury o jakieś kilka milionów i zdejmie z miasta kiepski zwyczaj przesuwania wydatków śmieciowych na następny rok. No i ustabilizuje miesięczną opłatę. Skończy się też kombinowanie na koniec roku, ile jeszcze trzeba dopłacić ZOM-owi w rocznym rozliczeniu.
Do ogarnięcia pozostają jednak wydatki na utrzymanie urzędników zajmujących się śmieciowym rozliczaniem, na edukację ekologiczną i — jak już mówiłam — na działanie PSZOK-ów. Nadal więc będziemy dokładać z miejskiej kasy.
Choć śmieciowy przetarg zakończył się w pewnym sensie pozytywnie, nie oznacza to jednak, że z innymi przetargami, z którymi czekaliśmy do ostatniej chwili, mieliśmy tyle samo szczęścia.
Zakończony właśnie przetarg na 7 zadań inwestycyjnych, wśród których była m.in. budowa schroniska i rewitalizacja Parku Słupna, nie napawa optymizmem. Suma najniższych cen ofertowych na realizację poszczególnych zadań wynosi ok. 50 milionów, podczas gdy otrzymane na nie dofinansowanie z Polskiego Ładu to zaledwie 30 milionów. Na samo schronisko trzeba do dotacji dołożyć 4 miliony ekstra, a do Słupnej niemal 6.
Jak widać kiepsko przygotowane wnioski o dotacje i zwlekanie z przetargami na wykonawców inwestycji do ostatniej chwili, to nie tylko ryzyko ich znalezienia, ale też i większe koszty ich realizacji.
Co daję pod rozwagę.
Grażyna Haska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze