- Może tak epicko napisze pan po mojej śmierci - przeczytałem w komunikatorze wiadomość, komentarz do mojego ubiegłotygodniowych przemyśleń, felietonu o trzech odejściach mysłowickich społeczników, nauczycieli, mysłowiczan zaangażowanych w czynieniu naszego miasta znośniejszym w codziennym życiu.
- Może tak epicko napisze pan po mojej śmierci - napisała do mnie pewna pani Katarzyna, nie wiem, czy życzy sobie, bym wywoływał ją tu z nazwiska, ale skoro ktoś pisze do mnie w odezwie na opublikowany tekst, to nie uważam za niestosowne, by treścią tego pytanie się z Państwem nie podzielić.
O pani Katarzynie będzie później. Najpierw o epickości. I pisaniu po śmierci.
Z ubiegłotygodniową epickością jest tak, że ja tam żadnej epickości nie widzę. Ale przecież każdy mógł epickość w braku epickości dostrzec. Piszę te felietony od ubiegłorocznej jesieni. Piszę raz w tygodniu, jak na łamy „Co Tydzień” przystało. Ani częściej, ani rzadziej. Czasem później, czasem wcześniej, co siedem dni mniej więcej, z reguły w środę i to przed południem, choć zdarza mi się wejść w porę wczesnopopołudniową, acz późną, zbyt późną, choć - jak się okazuje - nie za późną, ale - często - dotkliwą dla komfortu pracy grafika i wydawcy.
Co ciekawe, im trudniej przychodzą mi różne myśli i słowa, im mniej ze swego felietonu jestem zadowolony, tym więcej do mnie wpływa miłych i serdecznych wiadomości, że zdanie, akapit, całość, ujęła Państwa w całości lub części, i jakąś strunę poruszyła delikatnie na tyle, że zdecydowaliście się ze mną podzielić słowem.
Tyle o epickości. Nie wykluczam, że to co dla mnie absolutnie wyzute z epickości, dla innych epickim jest jak najbardziej, bo czasy mamy takie, że zwykła życzliwość i sąsiedzki uśmiech stają się wydarzeniami wielkiej rangi, zaś sumienna i rzetelna, wieloletnia praca na rzecz swojego otoczenia w gąszczu egoizmu i biurokratycznych przeszkód, zasługuje na epos, by nie powiedzieć epopeję bohaterską. I słowo. Jedno albo więcej.
Problem w tym, że wiele słów bezpowrotnie ginie w ciszy między ludźmi i - choć - zrodzonymi w myśli, to niewypowiedzianymi, albo wypowiedzianymi zbyt późno. I do złego adresata. Bo czymże jest najpiękniejsza mowa pogrzebowa i najszczersze, cmentarne łzy, najczulsze wyznanie, jak nie spóźnioną i źle zaadresowaną depeszą? Pieszczotą chwilową dla uszu żałobników jedynie, a może i naparem kojącym ból ściśniętego gardła mówcy spóźnionego z pochwałą zmarłego o dzień, tydzień, a może i całe życie?
No więc, ja nie napiszę po pani śmierci, pani Katarzyno, ani epicko, ani nie epicko, ani nie lirycznie, ani nie dramatycznie. Ja po pani śmierci, jeżeli pani ziemski koniec wyprzedzi mój ziemski koniec, bo przecież wszyscy umrzemy, uczciwie wcześniej płacąc podatki, nie napiszę ani słowa w tym temacie. Rzucam być może teraz słowa na wiatr, a kto sieje wiatr, ten zbiera burzę, ale ja nie napiszę po pani śmierci, z tej prostej przyczyny, że pewnych rzeczy nie warto odkładać na później.
Czynności odłożone na później zwykły się nader często dematerializować, stawać pustymi słowy i niespełnionymi obietnicami. Znikać. Znikać jak ludzie, którym można było pewne zdania mówić, którzy może na nie czekali, choć bali się o nie zapytać albo poprosić. Ale zniknęli bezpowrotnie i już nie wrócą. Nie wrócą, choćby w najpiękniejszej marmurowej płycie wyryć im taką zachętę i oświetlić drogę powrotu setkami wolno tlących się płomieni zniczy. Ale zaraz, ktoś powie, mamy przecież duchową obietnicę spotkania w lepszym świecie, więc jeżeli oni nie wrócą, to my tam przyjdziemy, bo tak obiecujemy sobie od dawien dawna.
Z obietnicami jest tak, że liczą się tylko te spełnione. Reszta, wciąż jestem wzrokiem na nekropolii za moim oknem, jest jak zimna grobowa płyta. Jest, i z jej bycia nic nie wynika oprócz skąpej informacji, że dekadę, wiek, albo cztery wieki temu, na tej samej ziemi, co dziś my, choć może w nieco innym miejscu i na pewno innym czasie, żył sobie ktoś, może nawet podobny, choć z inną świadomością.
Dlatego, choć po pani śmierci, pewno i z pani imieniem, i nazwiskiem, taka nagrobna płyta w Mysłowicach zostanie wyryta, nie napisze nic po pani śmierci, z tej prostej przyczyny, że nie będzie to miało dla pani znaczenia, pani Katarzyno, a bliskich pani nie znam, poznałem tyko panią.
Jeżeli moje słowa mogą mieć dla pani znaczenie, to teraz właśnie piszę o pani, pani Katarzyno, bo choć znamy się słabo, prawie wcale, to jednak to pani zdanie sprzed tygodnia, utkwiło w mojej głowie jak budowlańcy na Bytomskiej i myśl ta, by o pani i innych napisać, nie po śmierci, a za życia, nie chce tam schnąć niczym trawa po ostatnim koszeniu na Promenadzie.
Nie tylko nie chce schnąć, ale wypuszcza kolejne pędy, niczym więdnące w sklepowej hali, nierozwinięte mieczyki na moim śniadaniowym stole. Dotknięte dłonią czulszą niż moja, odwdzięczyły się bielą, różem i fuksją leciutkich płatków, kremowych i białych w głębi kielichów, subtelnie wetkniętych w zieleń przeciętych łodyg.
Znamy się słabo, prawie wcale, wymienialiśmy ze sobą kilka zdań, gdzieś końcem zimy, a później jeszcze kilka i różne to były zdania, a potem spotkaliśmy się raz, już latem, i potem jeszcze, napisała pani do mnie: może tak epicko napisze pan po mojej śmierci?
A dlaczego wtedy? Dlaczego nie teraz? Po co odkładać coś na później?
Więc piszę.
Panią Katarzynę poznałem przypadkiem. Zjawiła się w mym życiu zimą. Pukała do mnie wiosną. A latem spotkaliśmy się gdzieś między blokami na Bończyku. Siedziała i czekała, a ja podjechałem i wyciągnąłem rękę, choć dobrze wiedziała, że mam na imię Krzysztof. A ja wiedziałem, że to pani Katarzyna.
Nie powiem, bo nie wiem, czy jej dach nad głową był z prawej, czy z lewej strony tego osiedlowego placu, ale tam między tymi betonowymi pudłami stał domek z kamienia chyba i ze starej wykładziny. W domach z betonu podobno nie ma wolnej miłości, a w domu z kamienia miłość mieszkała wolna, jak tylko wolny może być bezdomny kot.
Zbyt mało wiem o pani Katarzynie, by opowiedzieć, kogo i co w swym życiu kochała najbardziej, ale bezdomne koty, zwierzęta, kocha na tyle mocno, by prosić czasem innych, jak mnie, o wypełnienie ich miski karmą. I robi to, choć pewno ludzkie opinie ranią bardziej niż ostre pazury wystraszonego kota. Czy robi to dlatego, że miękkie futerko jest milsze niż cisza z ludzkich ust? A może dlatego, że w jej świecie, choć człowiek – człowiekowi często wilkiem, to kot człowiekowi bratem? Nie wiem.
Wiem, że zdążyłem powiedzieć, napisać, nim oboje, albo jedno z nas, wybrało się za Styks: dobrze pani robi, pani Katarzyno.
Krzysztof Bąk
radny Mysłowic. Były dziennikarz Co Tydzień, Dziennika Zachodniego, TVS, TVP i Polsatu News oraz Wydarzeń.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
"Dlaczego zależy nam by pamiętano nas....?" - Perfect, "Grawitować" 1994r.
"Dlaczego zależy nam by pamiętano nas....?" - Perfect, "Grawitować" 1994r.