Ostatni tydzień dalej mijał pod hasłem walki mieszkańców o swoje prawa. I to z takim rozgłosem, że w Mysłowicach zagościła TVP3 ze swoim programem na żywo „Misja Interwencja”. Stąd też kolejny kontrowersyjny temat zapowiedzieli w „Aktualnościach” redaktorzy „Trójki”.
Mieszkańcy Brzęczkowic poruszyli regionalne media w walce o zachowanie lasu i… wygrali, ale zwycięstwo okupione zostało zebraniem sporych razów. A tym razem kilkudziesięciu mieszkańców, także przy pomocy regionalnych mediów, walczy o pozostanie w swoich mieszkaniach przy ul. Powstańców 12 i 12 a, bo mysłowicka władza chce ich wyrzucić do innych budynków komunalnych.
Mieszkańcy z dnia na dzień dowiedzieli się, że muszą się pakować, zebrać swoje sprzęty i wyprowadzić się, bo — jak twierdzą mysłowiccy decydenci — pozostanie w tych mieszkaniach, zagraża ich zdrowiu, a nawet życiu. Budynki mają bowiem niesprawne kominy i ich część zwaną głowicą, którą trzeba naprawić. Ta naddachowa część komina ma luźne cegły, które zdaniem dyrektor MZGK — administratorki budynków, mogą spaść do przewodów kominowych, zagrażając bezpieczeństwu mieszkańców budynku, narażając przy tym dyrektorkę na odpowiedzialność karną.
Zdumieni mieszkańcy zorganizowali się w grupę broniącą swoich mieszkań. Poszli na spotkanie do urzędników i dowiedzieli się, że nic się zrobić nie da, by mogli pozostać w swoich dotychczasowych mieszkaniach. Przy okazji usłyszeli, że zagrożenie wymagające natychmiastowej wyprowadzki potwierdził Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego (PINB), a budynki nie tylko wymagają naprawy kominów, lecz także naprawy dachów. Koszty takich napraw to kwoty co najmniej milionowe, a potrzebny czas na zrealizowanie remontu, wyniesie co najmniej rok.
Usłyszeli wprawdzie zachęcającą do przeprowadzki wiadomość, bo Dyrektor MZGK zapowiedziała, że zostaną przeniesieni do bardzo atrakcyjnych mieszkań, zadbanych, z centralnym ogrzewaniem, które niemal sami sobie wybiorą. Wydawać by się mogło, że czekają ich luksusy. Powinni zatem być zadowoleni, a w podziękowaniu pocałować darczyńców nowych mieszkań w rękę i zabrać się do przeprowadzki.
Tymczasem okazało się, że ci ludzie, mieszkając często kilkadziesiąt lat w swoich mieszkaniach, wyremontowali je na własny koszt. Toalety zlokalizowane na półpiętrze klatek schodowych zamienili na własne łazienki, a piece zastąpili ogrzewaniem etażowym. Przy tym mieszkają za niewielkie stawki czynszowe w porównaniu do tych proponowanych w nowych luksusowych domach. Uznali więc, że nie mając nic do powiedzenia, muszą bronić swoich praw, zwłaszcza do rzetelnej informacji. Nic bowiem nie zgadzało się z dokumentami, jakimi dysponowali. Ostatnie przeglądy kominiarskie z września br. oraz protokół przeglądu budynku mający ważność do końca 2026 roku, określający oceną jego stanu jako średni, nie wskazywały na tak gwałtowne potrzeby remontowe z wyprowadzką i to na zawsze.
Zdecydowali sprawą zainteresować regionalne media. Na spotkanie z nimi zaprosili także radnego Krzysztofa Bąka, znanego ze wsłuchiwania się od zawsze w potrzeby mieszkańców miasta. Podczas spotkania przed kamerami, dowiedzieli się, że naprawa komina, to raczej pretekst, bo dyrektor MZGK zaplanowała też naprawę dachu, którego wymiana ma kosztować co najmniej pół miliona złotych, których miasto nie ma, więc naprawa przedłużać się będzie w nieskończoność.
Dziś mieszkańcy są już po kolejnym spotkaniu z władzami miasta. Do tego czasu zweryfikowali przekazane im informacje, co do zagrożeń i sposobów ich likwidacji. Wiedzą już, że to nie PINB wydał nakaz usunięcia ich z mieszkań, a koszty naprawy kominów są znikome. Czas ich naprawy został oszacowany na dwa trzy dni, a natychmiastowy remont dachu to niczym nieuzasadniona, samodzielna inicjatywa dyrektor MZGK.
Mimo tych informacji, wspartych opinią niezależnego fachowca, nie mają wielkiej nadziei na zmianę decyzji miejskich władz i samej dyrektor MZGK.
Mają za to żal, że o poczynionych decyzjach dowiedzieli się z dnia na dzień, a nikt wcześniej nie poinformował ich o pomysłach na opuszczenie budynków. Nie potrafią zrozumieć, jak to możliwe, że w tak ważnych życiowych dla nich decyzjach, nikt nie chce z nimi poważnie rozmawiać, rozważyć ich argumentów, wrócić do podstaw podjętych decyzji i zastanowić się co one — dla tej zżytej przez dziesiątki lat ludzkiej społeczności — znaczą. Zwłaszcza że trudno uznać te decyzje za konieczne i jedynie możliwe.
Tak sobie myślę, że ci, co często oglądają w TVP3 utarczki mieszkańców Mysłowic z miejscowym władcą, mogą sobie pomyśleć, że to jakaś enklawa na mapie województwa, gdzie formalnie panuje demokracja, ale na modłę Bantustanu*.
Co daję pod rozwagę.
Grażyna Haska
*) Bantustan to formalnie terytorium obdarzone dużą autonomią, a w rzeczywistości ma charakter „rezerwatu” (na podst. Wikipedii).
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze