W Szpitalu nr 2 w Mysłowicach każda złotówka jest problemem, dlatego śmiało można powiedzieć, że mamy w mieście 38 milionów problemów. Bo problemy szpitala, to kłopoty dla mieszkańców, bo przez długi szpital przestanie nas w końcu leczyć oraz dla prezydenta i jego zastępców, bo nie zapłacone rachunki trafią wcześniej, czy później do urzędu. I co na to władze miasta?
Sytuacja Szpitala nr 2 w Mysłowicach jest dziś tak poważna, że trudno już mówić o kryzysie. To jest zawalenie się całego systemu zarządzania, przy którym władze miasta stoją z boku – jakby to nie była ich placówka i nie ich odpowiedzialność. Milczą na sesjach, na pisma odpowiadają na okrągło, a gdy już zabierają głos, to głównie po to, by zaatakować opozycję na sprzyjającym prezydentowi “przyjaznym portalu”... Zamiast zająć się tym, czym naprawdę powinni: ratowaniem szpitala.
Podczas ostatniej sesji padło pytanie o realną sytuację finansową placówki. Radna Dorota Konieczny-Simela drążyła, czy władze mają długoterminową strategię wobec Szpitala nr 2. Radna pytała także, czy miasto wspomaga dyrektora Grzegorza Nowaka w planach stworzenia Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego, który mógłby wyprowadzić mysłowicką lecznicę na finansową prostą.
Odpowiedź była tak wstrząsająca, że – jak mówi radna Simela – „zmroziła”. Panowie prezydenci po wysłuchaniu informacji i pytań, po prostu przemilczeli problemy. Z ich ust nie padło nawet pół słowa na ostatniej sesji.
A łączna suma zobowiązań Szpitala nr 2 to około 38 milionów złotych. To są długi, które nie znikną same - czy miasto tego chce, czy nie – w końcu obciążą samorząd. Mimo to władze zachowują się tak, jakby problem nie istniał. Wśród zobowiązań 20 milionów, w tym 9 milionów wymagalnych, czyli takich, które należy spłacić już. Do tego dochodzi 18 milionów pożyczek z różnych okresów.
Szykuje nam się spirala zadłużenia, rolowanie, odkładanie wybuchu bomby w czasie. Nie ma tu strategii. Jest tylko nadzieja, że „jakoś przejdzie”. Jak długo uda się spłacać odsetki kolejnymi pożyczkami?
A kiedy dyrektor Nowak proponuje coś, co mogłoby realnie pomóc — stworzenie ZOL (zakładu opiekuńczo-leczniczego), inwestycji, która w innych miastach ratuje placówki i stabilizuje ich finanse – miasto nawet nie podejmuje tematu. Dyrektor szpitala musiał kupować płatne promesy na wolnym rynku, bo z magistratu nie przyszło ani wsparcie, ani wkład własny, ani nawet deklaracja współpracy. Brakło konkretnej decyzji.
W tym czasie sprzęt na blokach operacyjnych jest w stanie, który każdy odpowiedzialny gospodarz miasta nazwałby katastrofą, a koszt najpilniejszych zakupów to 2 mln zł.
Każdy kolejny rząd i NFZ mają swoje winy, bo spychają na samorządy coraz więcej obowiązków zdrowotnych nie gwarantując odpowiedniej sumy pieniędzy. System finansowania szpitali jest niedoskonały, ale władze miasta mają obowiązek dbać o swój szpital, a nie tylko opowiadać, że „nic się nie da zrobić”, a winna jest Warszawa.Radny Wiesław Tomanek kilka miesięcy temu trafnie podsumował sytuację: „Rząd swoje, a my róbmy swoje”. A nasze „swoje”
Nasz prezydent głośny jest głównie wtedy, gdy trzeba kogoś skrytykować na portalu, który służy do politycznych przepychanek. A Szpital z każdy
– to ratowanie placówki, bez której mieszkańcy zostaną bez zabezpieczenia zdrowotnego. Gdy pojawiają się niewygodne pytania — panowie prezydenci milczą. Gdy trzeba podjąć decyzję — milczą. Gdy dyrektor prosi o pomoc — milczą.
m miesiącem coraz bardziej przypomina placówkę w stanie kontrolowanego wygaszania. Upadłość nie przyjdzie nagle — ona już powoli trwa.
Czy władze miasta zamierzają jeszcze zabrać głos w tej sprawie, czy dalej będą udawać, że nic się nie dzieje? Dziś wygląda to tak, jakby jedyny realny plan był taki, żeby nic nie robić i liczyć i łatać dziury, gdy sytuacji zagrozi istnieniu placówki. To frustrujące i prowadzi do obaw o zdrowie i życie nas mieszkańców oraz budżetu miasta, który już jest w stanie agonalnym. Taki jest mój mysłowicki punkt widzenia.
Marcin Stroński
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze