Plac zabaw przy ul. Kołłątaja w Mysłowicach znów zamienił się w jezioro. Po intensywnych opadach rzeka Przemsza wdarła się na podwórka, zalała garaże i ulice. Strażacy z sześciu zastępów przez całą noc pompowali wodę i stawiali zapory. Mieszkańcy nie mają już sił liczyć kolejnych podtopień – wiedzą, że przy każdej większej ulewie scenariusz się powtarza.
Nic nowego
To nie jest wypadek, to codzienność. Rzeka zawsze wraca – taka sytuacja powtarza się na ulicy Kołłątaja po każdej większej ulewie. Trudno zliczyć, ile razy Przemsza podtapiała już te okolice Rynku. Na miejsce przyjeżdżają służby, o zalanym placu zabaw piszą dziennikarza, a zdjęcia pokazują się nawet w ogólnopolskich telewizjach. I co? Ano nic.
Dlaczego tak się dzieje?
Przemsza zbiera ogromną ilość wody, bo łączy się tu jej Czarna i Biała odnoga, które razem tworzą bardzo dużą zlewnię — ponad 2 000 km². Zatem kiedy nad Śląskiem spadnie większy deszcz, koryto wąskiej rzeki nie ma szans. Dawne rozlewiska i łąki, które chłonęły nadmiar wody, zniknęły pod betonem i asfaltami osiedli. Woda szuka więc miejsca, które pamięta od wieków – i znajduje je na miejskim placu zabaw. Zatem decyzja postawieniu w tym miejscu budynków mieszkalnych i garaży nie należała do najbardziej światłych. Później ktoś wymyślił, że to właściwe miejsce jeszcze dla ścieżki rowerowej.
Problem nie kończy się na samej rzece. Kluczowy wał przeciwpowodziowy w rejonie Kołłątaja od lat znajaduje się w fatalnym stanie. Mieszkańcy mówią wprost o „przerwanym wale”, a prezydent Mysłowic Dariusz Wójtowicz wielokrotnie apelował do Wód Polskich o naprawę zabezpieczeń. Urzędnicy w odpowiedzi wysyłali zapewnienia o „gotowości do współpracy”, jednak konkretów brak. – Nawet niewielkie opady podnoszą poziom wody, a wał nie chroni wcale – alarmował ostatnio prezydent w mediach społecznościowych. Niestety przeciąganie liny trwa, a sytuacja co roku zaskakuje, jak śnieg drogowców.
Dzień świstaka
Miasto powtarza, że problem jest im znany i od lat zgłaszany. Są raporty, strategie i programy rewitalizacji doliny Przemszy, ale na papierze woda nie trzyma się w ryzach. Budżety na regulację koryta, modernizację kanalizacji deszczowej czy budowę zbiorników retencyjnych rozbijają się o procedury i brak decyzji na szczeblu centralnym. Tymczasem każda większa ulewa to koszty: interwencje straży pożarnej, sprzątanie mułu, naprawy placów zabaw, uszkodzone drogi, zalane piwnice. Nic się nie zmienia, jak w słynnej amerykańskiej komedii z Billem Murrayem.
Pismami wału się nie zalepi
Winnych – jak to bywa – wielu. Lata chaotycznej urbanizacji pozbawiły rzekę naturalnych terenów zalewowych. Kanalizacja deszczowa jest niewydolna. Klimat dokłada swoje – opady są coraz gwałtowniejsze. Ale dziś najgłośniej słychać spór między samorządem a Wodami Polskimi. To one formalnie odpowiadają za wały i koryto rzeki. To one – według miasta – powinny ruszyć z naprawą.
Pisma poszły w ruch, a problem mieszkańców pozostaje nierozwiązany. Rzeka nie poczeka na kolejne posiedzenie komisji czy podpisanie wniosku o dotację. Każdy kolejny deszcz przypomina, że Przemsza jest żywym żywiołem. Radni cykają zdjęcia i robią filmy, by podbić swoją oglądalność na Facebooku, ale to nie pomaga w rozwiązaniu problemu.
Jeżeli państwowe instytucje i lokalne władze nie porozumieją się szybko, wkrótce zamiast placu zabaw przy Kołłątaja powstanie tu stałe rozlewisko. I nie będzie to już tylko symbol nieudolności – będzie to codzienność miasta, które pozwoliło, by wał się rozsypał, a rzeka sama wytyczała granice. Taki jest mój mysłowicki punkt widzenia.
Marcin Stroński
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze