Dwa ostatnie tygodnie wielu z nas upłynęły zapewne na śledzeniu wydarzeń wyborczej kampanii przed II turą wyborów w prezydenckich.
Szczególną uwagę przyciągnęły niedzielne marsze – ten popierający Rafała Trzaskowskiego i ten – sympatyków Karola Nawrockiego. Ale przecież wyborcom emocji dostarczyły również kolejna prezydencka debata, wywiady na kanale Sławomira Mentzena, piwo Trzaskowskiego z Mentzenm i oczywiście – doniesienia portalu Onet o mrocznej przeszłości kandydata PiS.
Publikowane sondaże przedwyborcze pokazują niewielki ruch – wzrost poparcia dla Trzaskowskiego, ale… różnica między nim a kandydatem PiS jest w granicach błędu statystycznego.
Znacznie ciekawsze jest to, że na kilka dni przed rozstrzygającym, wyborczym starciem, wciąż bardzo dużo ludzi – według deklaracji w badaniach – nie wie na kogo chciałaby zagłosować.
Mam to szczęście, że wiem na kogo będę głosował, wiem na kogo głosowałem i – szczerze mówiąc – od 18 roku życia, od uzyskania pełnoletności, nigdy nie miałem dylematu, na którą z list zagłosować. I raczej te moje wybory były konsekwentne, spójne z poglądami co do list. Z kandydatami bywało różnie, szczególnie w wyborach do rady miasta czy wojewódzkiego sejmiku, gdy niekoniecznie zna się wszystkich kandydatów. Oczywiście łatwiej wybrać z miłej swemu oku listy, niż zastanawiać się nad urną, na którą partię oddać głos.
Według różnych sondaży, od 7 do 10 proc. badanych wciąż nie wie lub nie chce powiedzieć na kogo zagłosuje. To oni zdecydują o wyniku wyborów. Oni przechylą szalę zwycięstwa na stronę jednego z kandydatów. Taki odsetek niezdecydowanych, taka niewielka różnica pomiędzy jednym a drugim kandydatem sprawiają, że trudno przewidzieć w jakiej Polsce obudzimy się w poniedziałek, 2 czerwca i – to chyba wyświechtany frazes – pójdzie na głosy, pójdzie na żyletki, różnica będzie niewielka.
To swoją drogą ciekawe, że Karol Nawrocki – kandydat z wieloma znakami zapytania w swej przeszłości – od pracy na bramce hotelu w Sopocie, przez kawalerkę pana Jerzego i różne inne przywary – wychwalanie ustawek czy zażycie czegoś na wizji w czasie debaty na żywo, wciąż ma tak wysokie poparcie. Dużo to mówi o elektoracie – nie ważne kto i jaki, z czym na sumieniu, ważne, że nasz.
Ale tu wpadła mi w oko ciekawa refleksja politologa, prof. Marka Migalskiego, którego zdaniem o skali degrengolady PiS świadczy to, że dwie dekady temu kandydatem tej partii, a potem Prezydentem RP był prof. Lech Kaczyński, z którym można było się nie zgadzać, ale nikt nie miał wątpliwości, że jest człowiekiem krystalicznie uczciwym i prawym. Dziś kandydatem tej partii jest gość, który bratał się z kibolami, robił różne dziwne rzeczy i właściwie nie wiadomo co jeszcze.
Zawsze mnie to zastanawiało, bo wątpliwości co do jego przeszłości słychać było od dawna, dlaczego prezes PiS nie postawił na młodego, zdolnego kandydata – a mieli takich, na sprawdzonych polityków – pokroju Mariusza Błaszczaka, Beaty Szydło czy Elżbiety Witek. Cóż… właściwie co mnie to obchodzi?
W tym przedwyborczym gąszczu okazało się, że mysłowickie władze wszelkimi środkami postanowiły Nawrockiego wesprzeć, nie tylko udostępniając mu miejskie billboardy, ale przy okazji i promując go swoimi twarzami, swoimi nazwiskami.
Radnych jest kilkoro, billboardów kilkanaście, widziałem ledwie dwa – ale podobno nie każdemu z radnych PiS przypadła ta możliwość promowania nie tylko Nawrockiego, ale i siebie. Może być towarzyski kwas. Ale to też nie moja sprawa.
Bardziej ciekawą mnie reakcje na tę wspólną biesiadę – Trzaskowskiego, Sikorskiego i Mentzena.
Obrazków takich dawno nie widzieliśmy, bo postępująca polaryzacja zarówno polityczna, jak i społeczna, raczej postawy usztywnia, social media nie pomagają – jak to się mówi: szukamy i żyjemy w swojej bańce, nie szukamy dysputy, konfrontacji z innymi poglądami, przekonaniami, spojrzeniami.
A szkoda.
Przecież – niezależnie od tego, kto by siedział przy tym piwie w Toruniu – do tego sprowadza się polityka: do rozmowy i szukania kompromisu mimo różnic, do rozmów o Polsce, o mieście, o ulicy. O tym, czy posadzić 6 drzew, czy tylko 4. O tym, czy podatki powinny być niższe czy wyższe. I tak dalej.
I dziwię się, że takie spotkanie dziwi. Ale szczerze – brakuje mi takiej rozmowy i takiej debaty również w Mysłowicach. Wiele razy mówiłem i pisałem, że obyczaje polityczne upadły w ciągu 20 minionych lat. Dobrze by było, gdyby więcej polityków potrafiło, nie tylko w kampanii wyborczej, do jednego stołu tak zasiąść – nie z miłości do trunków, ale z miłości do Polski, do miasta, z potrzeby rozmowy na te tematy i z potrzeby zrobienia w tym mieście, czy kraju czegoś dobrego. Czegoś dobrego brzmi bardzo ogólnie, ale po to właśnie jest samorząd. Jedni będą chcieli basenu, inni żłobka. Jedni pomnika, inni chodnika.
Trudno wybrać czy pomnik, czy chodnik bez rozmowy. Jedni wybiorą pomnik i narzucą go zwolennikom chodnika, powodując ich oburzenie i wzmagając zacietrzewienie. Drudzy przeforsują chodnik, nie zaspakajając zwolenników pomnika.
A przecież wystarczy zapytać i posłuchać: dlaczego uważasz, że pomnik (chodnik) jest ważniejszy od chodnika (pomnika).
Tyle że trzeba usiąść do jednego stołu albo iść na spacer, by pytanie zadać i usłyszeć odpowiedź. Choć, swoją drogą, odpowiedź można usłyszeć, ale… chcieć ją jeszcze zrozumieć, chcieć przyjąć, to już jest temat na inny felieton, albo i dłuższą opowieść.
Krzysztof Bąk
radny Mysłowic. Były dziennikarz Co Tydzień, Dziennika Zachodniego, TVS, TVP i Polsatu News oraz Wydarzeń.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
W sumie to takie proste i normalne.Sęk w tym że chęci brak,bo jak góra narzuca narrację i ciągły atak to w końcu odpuszczasz.Przykre to.
W sumie to takie proste i normalne.Sęk w tym że chęci brak,bo jak góra narzuca narrację i ciągły atak to w końcu odpuszczasz.Przykre to.