W Mysłowicach czas płynie inaczej. Zegar urzędowy tyka spokojniej, a prace, które w innych miastach zajmują kilka tygodni, u nas potrafią ciągnąć się latami, jak przy aktualizacji statutów dzielnic. Prosta, techniczna korekta map, numerów ulic i nazw — proces, który w cywilizowanym świecie robi się między kawą a lunchem. W Mysłowicach – dwa lata analiz, spotkań komisji i korekt przecinków, a teraz jeszcze szumnie ogłaszane konsultacje społeczne.
Małe rzeczy – wielki wysiłek
Specjalnie w tym celu powołana Komisja doraźna do opracowania zmian Statutów Dzielnic Miasta Mysłowice właśnie skończyła prace. Brzmi poważnie? A w ogromnej mierze chodzi o dopisanie skrótu „ul.” przed nazwą ulicy, poprawienie błędnych numerów budynków i przesunięcie kilku granic o kilkanaście metrów, żeby zgadzały się z rzeczywistością.
Dzielnica Wesoła dostanie dwa nowe budynki przy Granicznej, Morgi oddadzą kawałek terenu Brzezince, a w Laryszu poprawiono zapis, że „ul. Spokojna ma numery od 1 do 5a”, a nie tylko do 5. Dla kogoś z zewnątrz — zmiany kosmetyczne. Dla Mysłowic — poważna, dwuletnia epopeja administracyjna.
Komisja spotykała się - analizowała mapy, działki, punkty adresowe i wreszcie uznała, że można przesunąć granicę o kilka kroków dalej – do posesji przy ul. Ptasiej 10. Dwa lata trwało też ustalenie, że ul. Armii Krajowej ma numery do 25b, a nie tylko do 25. Okazuje się, że geodezja w Mysłowicach to dziedzina z pogranicza fizyki kwantowej.
Wszystko z zachowaniem pełnej powagi: konsultacje społeczne, analiza dokumentów, uzgodnienia międzydzielnicowe, poprawki w mapach ewidencyjnych i długie posiedzenia, na których omawiano, czy dopisać „a”, czy „b” po numerze działki. Można odnieść wrażenie, że w Mysłowicach każde przesunięcie linii na mapie wymaga błogosławieństwa komisji śledczej i trzech pieczątek z różnych pięter urzędu, a nawet akceptacji mieszkańców, którzy powinni tłumnie powinni pognać do stołów konsultacyjnych.
W międzyczasie świat poszedł do przodu: inne miasta budują drogi, modernizują transport, planują zielone inwestycje. Mysłowice aktualizują wykaz ulic w rytmie biurokratycznego walca.
Po dwóch latach prac, dziesiątkach stron dokumentacji i setkach godzin spędzonych nad mapami — sukces! Granice są dopasowane, przecinki poprawione, a wreszcie wszystkie ulice mają skrót „ul.”. Miasto zyskało spójność, ład i porządek. Ciekawe mieszkańcy zauważą te różnice?
Domyślam się, że osoby zaangażowane w te wiekopomne zmiany zapewnią, że wszystko musiało potrwać, bo „proces był skomplikowany” i wymagał „zgodności z systemem ewidencji EMUiA”. W końcu trzeba było sprawdzić, czy granice dzielnic nie przecinają garaży i czy ktoś przypadkiem nie mieszka równocześnie w dwóch dzielnicach.
Warto raczej docenić, że w dobie cyfrowego pośpiechu Mysłowice bronią idei spokojnej biurokracji. Dwa lata, kilkadziesiąt posiedzeń, setki stron dokumentów. Efekt: dopisane „ul.” przed nazwą ulicy. W Mysłowicach – mały krok dla człowieka, ale wielki dla urzędniczej dokładności.
Powód rozwlekłości
Dostrzegam jednak zupełnie inny powód tych ciągnących się jak makaron spaghetti zmian statusów. To niemożliwość powoływania rad dzielnicowych, które formalnie nie działają od wyborów samorządowych w ubiegłym roku. Rady nie psują więc dobrego humoru prezydentowi i jego ekipie, a ponadto nie trzeba asygnować środków na małe inwestycje w dzielnicach, o które wnioskowały rady.
Sprytne? Raczej pokazujące nieudolność władz miasta, które nie potrafi szybko przeprowadzić niewielkich biurokratycznych zmian. Jeśli Dariusz Wójtowicz i jego ekipa potrzebują 2 lata, aby dopisać “ul.”, to ile czasu będzie potrzebowała, by zrealizować w mieście poważne inwestycje? A jeśli prezydent Wójtowicz boi się pytań od osób zaangażowanych w życie dzielnicy, to świadczy o tylko jego słabości.
Trudno liczyć na wielkie rzeczy w mieście, w którym dwa lata zajmuje procedowanie skrótu “ul.” Taki jest mój mysłowicki punkt widzenia.
Marcin Stroński
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze