Oddział chirurgii ogólnej Szpitala nr 2 w Mysłowicach ma problemy z brakiem specjalistów. Oddziałowi grozi zamknięcie a co najmniej zawieszenie. Jest problem - potwierdza dyrektor szpitala Grzegorz Nowak. Znalazł jednak na to sposób.
Szpital Nr 2 im. Tadeusza Boczonia – jak wiele szpitali powiatowych – co jakiś czas boryka się z brakiem lekarzy. Tym razem groźba zamknięcia, czy choćby zawieszenia oddziału zajrzała w oczy chirurgii ogólnej. Powodem jest duża rotacja lekarzy tej specjalności. Ostatnio w cenie są chirurdzy. Rynkowa, konkurencyjna stawka to 250 zł za godzinę pracy chirurga ogólnego. Wygórowane stawki to główny powód „wędrówki’ chirurgów ze szpitala do szpitala.
Tak też się stało w mysłowickiej „Dwójce”. Mysłowicka lecznica nie ma szans sprostać konkurencji rynkowej, bo u nas za godzinę szpital płaci 180 zł. Tymczasem okoliczne szpitale oferują konkurencyjną stawkę 250 zł. Tym samym chirurg ma szansę za zwykłą dniówkę zarobić 2000 zł brutto.
Rynkowej sytuacji nie poddał się dyrektor „Dwójki”. Znalazł sposób, by pacjentom zapewnić wykonanie planowych operacji. Niezbędni fachowcy od skalpela będą wykonywać operacje na tzw. kontrakcie. Stawią się przy stole operacyjnym do wykonania operacji i pod nadzorem szpitalnego chirurga zapewnią realizację planowanych zabiegów.
To dla nich duża oszczędność czasu, a dla szpitala brak kosztów za tzw. „nieprodukcyjny” czas spędzony poza stołem operacyjnym. Tym sposobem wynagrodzenie chirurga jest bardziej atrakcyjne i nadąża za cenami rynkowymi, a dla szpitala niekoniecznie droższe. Biorąc po uwagę pełny wymiar czasu pracy, nawet nieco tańsze - usłyszeliśmy od dyrektora Grzegorza Nowaka.
Dzięki temu pomysłowi, grafik planowanych zabiegów na luty ma pełną obsadę lekarską.
Jak będzie w marcu i kolejnych miesiącach? Dziś trudno powiedzieć, ale jeśli system zadowala obie strony teraz, to może i utrzyma się dłużej.
Mysłowicki szpital jest szpitalem powiatowym, a jego organem założycielskim jest miasto. Oznacza to, że to miasto jest zobowiązane go wspomagać, a nawet pokrywać stratę, jeśli taką szpital ma, albo go zamknąć czy przekazać wojewodzie. To tyle co do zasady postępowania.
Tymczasem obecna mysłowicka władza odżegnuje się od pełnej odpowiedzialności za stan szpitala, nie tylko finansowy.
Od początku prezydentury Dariusza Wójtowicza, wspomaganie szpitala jeśli jest nie żadne, to co najmniej symboliczne. Za okres od 2019 roku do dziś, miasto z ogromnymi spóźnieniami, często na raty, zdołało spłacić poniesione przez szpital straty zaledwie do 2022 roku. Na koniec lipca 2025 roku, miejskie zaległości wobec szpitala - tylko z tytułu strat - wynoszą niemal 10 milionów złotych.
Według nieoficjalnych informacji, gmina w marcu szykuje się do pokrycia straty za 2023 rok. To zaledwie 1 065 000 złotych. Planowana uchwała do podjęcia w tym względzie to jedno. To, kiedy pieniądze wpłyną na konto szpitala, to już kolejna sprawa. Podczas ostatniej sesji rodni podjęli uchwałę, by umorzyć ostatnią ratę udzielonej pożyczki. To dużo mniej niż zasilenie szpitalnego konta, by starczyło na wypłaty dla pracowników za styczeń. Takiej potrzeby, kolejny raz, miasto nie chciało usłyszeć.
To wyrażane podczas sesji i komisji przez skarbnik miasta i resortowego prezydenta myślenie urzędników odpowiedzialnych w mieście za finanse i pieczę nad szpitalem. Gorącym zwolennikiem nagminnego tłumaczenia, że pieniądze szpitalowi zalega głównie NFZ, jest resortowy wiceprezydent Mateusz Targoś, któremu szpital podlega formalnie.
Tymczasem prawda jest taka, że na koniec ub. roku miasto winne było szpitalowi ponad 10 mln złotych, a NFZ - 2,5 mln zł.
Dostawcy szpitalnych usług od kilku ostatnich miesięcy tracą cierpliwość i swoje należności za świadczone szpitalowi usługi i sprzedane leki przekazują komornikom. Ci co kilka tygodni też nie odpuszczają i blokują szpitalne konta egzekwując zadłużenie.
Zajęte konta tuż przed wypłatą wynagrodzeń pracownikom za styczeń, zmusiły dyrektora szpitala do kolejnej pożyczki w banku BFF. Oczywiście odsetki to dodatkowe długi finansowo dołujące lecznicę.
Trzeba dodać, że aby przeżyć, szpital większość swoich zobowiązań reguluje w ramach faktoringu. To gwarantuje niezbędne dostawy materiałów i leków do szpitala, ale także kosztuje odsetki.

Nadzieją na poprawę sytuację szpitala i ustabilizowanie jego finansów daje budowany Zakład Opiekuńczo-Leczniczy. Inwestycja to zasługa wyłącznie szpitala. Miasto nie potrafiło nawet zabezpieczyć środków na wkład własny - zaledwie albo aż 2,5 mln złotych. Pozostałe 19 mln dyrektor szpitala pozyskał ze środków unijnych. Termin zakończenia inwestycji to koniec czerwca tego roku. Czas realizacji to zaledwie 8 miesięcy. Inwestycja polega m.in. na dobudowaniu dwóch pięter nad jednym z istniejących skrzydeł budynku szpitala.
Jest jednak problem. Fundamenty szpitala nie udźwigną kolejnych pięter. To oznacza, że termin zakończenia inwestycji może być zagrożony. Od ponad miesiąca trwają prace, by problem przezwyciężyć. Potrzebna jest interwencja w Ministerstwie Zdrowia, by przedłużyć termin zakończenia inwestycji. Sprawa nie jest łatwa, bo środki na inwestycję pochodzą z KPO. Podobny problem sygnalizuje około 10 szpitali. Czy uda się wydłużyć czas na wykonanie inwestycji, by nie zwracać środków? Z tym szpital także został sam więc szuka pomocy w poselskich kręgach.

Nieprzewidziane problemy techniczne z fundamentami wiążą się o nie tylko z wydłużeniem terminu na wykonanie ZOL-u. To też dodatkowe, nieprzewidziane wydatki, których nie da się już zabezpieczyć w ramach KPO. Wstępne szacunki już zostały ustalone. Brutto (z VAT) – to co najmniej 5 mln zł. Czy miasto weźmie na siebie taki ciężar? Zobaczymy.
ZOL, to jedyna na dziś szansa dla szpitala i jego pacjentów, głównie mieszkańców miasta.
Szkoda tylko, że miasto nie kwapi się do pomocy w załatwieniu szpitalnych problemów, by zapewnić mysłowiczanom łatwy dostęp do leczenia.
My jednak życzymy powodzenia.
Grażyna Haska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze