Od czego zaczęła się historia?
Zaczęłam odczuwać niepokojące objawy, wyszczególnione w ogólnodostępnych materiałach na temat koronawirusa, więc mając na uwadze dobro i swoje i moich współpracowników, postanowiłam się zbadać. Udałam się do lekarza, gdzie - jak informowały lokalne media - wykonują badanie za jedyne 130 zł. Zapłaciłam, zrobiłam, już kilku godzinach dostałam wynik, który okazał się nie być „niejednoznacznym”, czyli nie wykluczający styczności z koronawirusem. W informacji napisano, że za 3-5 dni mam powtórzyć badanie. Kolejne nieco droższe miało być dokładne.
Dlaczego nie powiedział o tych możliwościach i różnicach wcześniej?
Zadałam mu to samo pytanie. Ale badanie zrobiłam. Za kolejne 150 zł. Tylko po to, by po kolejnych kilku dniach dowiedzieć się, że wynik nadal jest „niejednoznaczny”. Tym razem ze wskazaniem, by zrobić badanie molekularne, czyli takie z wymazu. Przy czym lekarz kazał zgłosić się do Sanepidu.
Sanepid to nieporozumienie?
Zadzwoniłam tam i …dowiedziałam się, że moje oczekiwania, jakoby wskażą mi, co i gdzie mam zrobić, są co najmniej nieporozumieniem. A laboratorium, gdzie robią badania z wymazu, mogę znaleźć sobie w internecie. Tyle... i echo w słuchawce. Sprawdziłam. Badania robią Śląskie Laboratoria Analityczne całkiem prywatnie za jedyne 500 zł sztuka.
Lekarz rodzinny też nie wie
O radę, co zrobić, poprosiłam swojego lekarza rodzinnego. Wysłuchał mnie z uwagą, bezradnie rozłożył ręce i chciał wysłać mnie do Sanepidu, bo też nie wiedział, gdzie można takie badania zrobić. Na wszelki wypadek dał mi skierowanie bez wskazania laboratorium. "Może się uda" - wyraził nadzieję...
Tymczasem minął już tydzień, kiedy nie wiem, czy zarażam, czy mam być na kwarantannie itd. A skierowanie do laboratorium za NFZ? Nikt się tym nie przejął.
Zdecydowała się Pani wykonać to mające dać pewny wynik?
Niestety, nie jestem Krezusem.