Lipiec zaczął się od newsa, po którym trudno przejść do porządku dziennego. 11 lipca, w autobusie komunikacji miejskiej w Bielsku-Białej, dorosły mężczyzna słownie zaatakował jadące tym autobusem 11-letnie dziewczynki z Ukrainy.
Użył wobec nich wulgarnych, poniżających słów, odnosząc się wprost do ich narodowości. Napastnikiem okazał się kierowca MZK przebywający na zwolnieniu lekarskim. Kierowca prowadzący pojazd zareagował, poprosił go o zachowanie spokoju, a na najbliższym przystanku agresor został poproszony o opuszczenie autobusu. Sprawę zgłoszono policji, mężczyznę zatrzymano, a spółka MZK zapowiedziała zawiadomienie prokuratury i kontakt z poszkodowanymi w sprawie zadośćuczynienia. Szef MSWiA i rzeczniczka resortu mówili wprost o eskalacji nastrojów wobec obywateli Ukrainy i o tym, że państwo nie może się na to godzić.
Napiszę to najprościej, jak potrafię, bo ta sprawa nie znosi niedopowiedzeń: nic, absolutnie nic, nie usprawiedliwia napaści słownej na tle narodowościowym. Żaden argument, żadna frustracja, żaden pretekst. Nie zmieniają tego nawet obrzydliwe, internetowe próby zrzucania winy na ofiary i wmawiania opinii publicznej, że dzieci rzekomo „sprowokowały” dorosłego człowieka – co zresztą błyskawicznie i jednoznacznie wykluczyły nagrania z miejskiego monitoringu, pokazując, że dziewczynki zachowywały się spokojnie. A jeśli ofiarą takiej napaści jest jedenastoletnie dziecko, to nie mówimy już tylko o chamstwie czy złych manierach – mówimy o czymś, co powinno budzić w nas czysty, niezmącony wstyd. Dziecko nie odpowiada za politykę migracyjną, za wojnę, za niczyje resentymenty. Dziecko jadące autobusem do domu czy do szkoły ma prawo czuć się bezpiecznie, niezależnie od tego, jaki paszport leży w kieszeni jego rodziców. Kto tego prawa nie respektuje, ten nie ma żadnego usprawiedliwienia i nie powinien go szukać.
Trudno mi jednak pisać o tym zdarzeniu wyłącznie jako o jednostkowym akcie agresji. Od dłuższego czasu obserwuję, jak w polskiej debacie publicznej niechęć wobec Ukraińców przestała być marginesem, a stała się dla części polityków wygodnym narzędziem budowania rozpoznawalności. Grzegorz Braun, Przemysław Czarnek, Sławomir Mentzen czy Krzysztof Bosak od miesięcy, a właściwie od lat, karmią swój elektorat retoryką, w której obcokrajowiec, a szczególnie Ukrainiec, jest przedstawiany jako zagrożenie, ciężar, ktoś obcy naszej wspólnocie. To nie jest niewinna różnica zdań na temat polityki migracyjnej, o której można i trzeba dyskutować merytorycznie. To jest systematyczne oswajanie odbiorców z pogardą wobec drugiego człowieka. A kiedy politycy z trybun sejmowych i mediów społecznościowych latami powtarzają, że ktoś jest gorszy z powodu narodowości, nie powinniśmy się dziwić, że prędzej czy później ta pogarda znajdzie ujście na przystanku, w autobusie, wobec dziecka. Odpowiedzialność za klimat, w którym taka scena w ogóle mogła się wydarzyć, nie kończy się na sprawcy z Bielska-Białej.
Piszę to również z pewnej osobistej perspektywy. Kilka tygodni temu sam mierzyłem się z falą hejtu po tym, jak zadałem niewygodne pytania dziennikarskie. Skala mojego doświadczenia nie jest w żaden sposób porównywalna z tym, co spotkało te dziewczynki – nikt nie atakował mnie za to, kim jestem, lecz za to, co zrobiłem. Ta sytuacja była jednak dla mnie ważną lekcją pokazującą, że nienawiść w przestrzeni publicznej, raz zaakceptowana, bardzo szybko przekracza kolejne granice i rzadko kiedy wybiera ofiary według jakichkolwiek zasad sprawiedliwości. Zaczyna się od komentarza pod postem, a kończy na krzyku w twarz jedenastolatki. Dlatego uważam, że milczenie wobec każdej formy nienawiści – także tej, która nas bezpośrednio nie dotyczy – jest błędem, na który po prostu nie możemy sobie pozwolić.
To, co napawa mnie ostrożnym optymizmem w tej sprawie, to reakcja instytucji. Policja zadziałała szybko, MZK nie umywa rąk od odpowiedzialności swojego pracownika, a przedstawiciele rządu mówili jasnym językiem, bez cienia relatywizowania. Tak powinno wyglądać państwo, które traktuje poważnie ochronę swoich mieszkańców – wszystkich, bez względu na miejsce urodzenia. Chciałbym, żeby taka stanowczość była regułą, a nie wyjątkiem potwierdzającym regułę, i żeby towarzyszyła jej równie stanowcza refleksja w gabinetach polityków, których słowa – uważam – mają w tej sprawie swój udział.
Dopiero wchodząc w dorosłe życie publiczne, bardzo chcę wierzyć, że wspólnie z rówieśnikami zdołamy zbudować przestrzeń wolną od nienawiści na tle narodowościowym – miejsce, w którym różnica pochodzenia nie jest pretekstem do agresji, tylko naturalnym elementem codzienności, jaką dziś jest Polska. Dziękuję wszystkim mieszkańcom, którzy w podobnych sytuacjach nie milczą, tylko reagują – tak jak zrobił to kierowca tego autobusu. To właśnie z takich, pozornie małych gestów przyzwoitości, buduje się miasto i kraj, w którym warto żyć.
Zawsze z myślą o naszym mieście. Mateusz Partyka – dla Mysłowic.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze