Dobrym zwyczajem było, że gospodarz zawsze jest obecny podczas wizyt gości na swoim terenie. To nie tylko zwyczaj i obowiązek, a wręcz wymaga tego zachowanie kultury osobistej przez takiego gospodarza. W Mysłowicach jest inaczej.
Nasz włodarz co rusz o tym zapomina, mimo tego, że reprezentuje naszą mysłowicką społeczność. Nie pierwszy raz — jako mieszkanka Mysłowic — się za niego wstydzę. I nieważne, jakie mam na jego temat zdanie. Kultura bycia na takim stanowisku jak prezydent jest obowiązkowa, niezależnie od tego, czy kogoś lubimy, czy nie i czy jest nam z kimś po drodze.
A tymczasem we wtorek, podczas uroczystości przekazania do użytku ważnej dla miasta inwestycji, naszego włodarza zwyczajnie zabrakło. Może miał innych gości, ale na otwarcie siedziby pogotowia ratunkowego nie stawił się też żaden, nawet najniższego szczebla reprezentant miasta. Prezydent zignorował zaproszenie Marszałka Województwa Śląskiego Jakuba Chełstowskiego na tę uroczystość. Zaproszenie przyjęli radna sejmiku śląskiego Dorota Konieczny-Simela, poseł Wojciech Król, a także przewodniczący nowo powstałego klubu radnych Forum Samorządowe Projekt Mysłowice Robert Patałąg i wiele innych ważnych osób.
Warto dodać, że inwestycja jest jedną z ważniejszych. Kosztowała niemal 4,7 milionów złotych, a w dodatku w większości sfinansowana został właśnie pieniędzmi urzędu marszałkowskiego.
Wprawdzie prezydent od dawna przyzwyczaił nas, że rzadko bywa w ważnych dla mieszkańców i miasta miejscach, gdzie nie ma szans na błogi lans. Rzadko więc przyjmuje zaproszenia na posiedzenia sesji, czy komisji rady miasta, ale tu przynajmniej wiadomo dlaczego. Po pierwsze, przewodniczący i radni rady miasta to w zasadzie jego zwierzchnicy, którzy w większości spraw miasta muszą wyrazić zgodę na prezydenckie pomysły. Często też zlecają prezydentowi zadania do wykonania. Poza tym są dociekliwi, każą się prezydentowi tłumaczyć, coś wyjaśniać i takie tam „fanaberie”. A nasz włodarz przez niemal 5 lat nie przyzwyczaił się do tego, by taki radny odpytywał go i rozliczał. A przy tym pytania są kłopotliwe, bo często odpowiedzi wymagają rzetelnej wiedzy i wykazania się logiką działania. A z tym nie jest tak łatwo.
I tak sobie myślę, może nasz włodarz obawiał się, że poza złożeniem podziękowań marszałkowi, nie będzie mógł przypiąć sobie orderu za zasługi przy uruchomieniu nowej siedziby pogotowia ratunkowego? A może honorowanie takiego gościa jak marszałek Chełstowski, nie mieści się w portfelu politycznych zobowiązań prezydenta?
No, ale może się mylę, przecież Wójtowicz wiele razy informował publicznie, że jest bezpartyjnym samorządowcem i nie ma politycznej nalepki — jak to deklarował podczas sesji tuż po opuszczeniu przez marszałka Chełstowskiego szeregów klubu PiS i zmianach politycznego układu w sejmiku województwa śląskiego. To może należałoby zapytać - jak z tą bezpartyjnością panie prezydencie?
Ten przykład to nie tylko powód do wstydu dla miasta. To kolejny dowód, że w naszym mieście przynależność partyjna to standard zachowań naszego włodarza. Nie ma się zatem co dziwić, że w urzędzie miasta doświadczonych fachowców zastąpili ludzie spolegliwi, niekoniecznie doświadczeni, ale za to związani z prezydencką opcją. Że powiązania rodzinne w zatrudnianiu urzędników to jeden z prezydenckich priorytetów. Że standardem stało się ignorowanie spraw mieszkańców, który podpadli prezydentowi. Ich wnioski czekają w urzędniczych zamrażarkach nawet ponad rok. Że nieodłączny hejt, w opłacanej przez miasto gazecie, wobec radnych czy mieszkańców niepopierających prezydenckich pomysłów i zachowań, jest częstym sposobem na zamykanie przeciwnikom ust.
To wszystko stanowi niemal lustrzane odbicie zachowań państwowej władzy, która doprowadziła do tak ogromnej frekwencji Polaków na warszawskim marszu 4 czerwca br. Byłam tam i zobaczyłam na nim ludzką złość na dzisiejszą rzeczywistość i ogromną potrzebę zmiany rządzącej kasty, ale i nadzieję, że jest szansa na normalność. Zaraziłam się więc optymizmem, patrząc na ogromną solidarność kroczących w marszu ludzi. To widoczne na marszu oczekiwanie na zmianę państwowej władzy przydałoby się i u nas. I nie chodzi mi tu o kandydatów z jakiejś konkretnej partii do rady czy na prezydenta. To najwyższy czas, by ratować nasze miasto, które niczym kania dżdżu potrzebuje zmian.
Co daję pod rozwagę.
Grażyna Haska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze