To, że dzielnicowe rady nie są ulubieńcami prezydenta, wiedzą wszyscy od początku kadencji. Nie myślcie, że jestem gołosłowna. Nie wiem, czy udałoby się zliczyć pomysły, jakie nowi włodarze od 2018 r. wymyślali, by utrudnić bądź co bądź społeczną pracę dzielnicowych radnych.
Pamiętam, kiedy ówczesny dyrektor kancelarii prezydenta, niejaki Michał Woźniczko, wymyślił, żeby przydzielone każdej dzielnicy skromne 50 tys. zł na niezbędne zadania, oskubać o 60 proc., by radni musieli przeznaczać na wydatki majątkowe. Na takie wiązanie rąk dzielnicowym radnym wcześniej nikt nie wpadł. Nie słyszałam też, żeby prezydent kiedykolwiek chciał uznać powagę czy nadać większe znaczenie dzielnicowym radom. Ich aktywiści nie zaglądają na komisje rady miasta, bo i tak nie mają większych praw i posłuchu niż zwykły obywatel.
A przecież w zamyśle ich powoływania, radni dzielnicowi mieli być gospodarzami swojej dzielnicy. Niestety, nie są. Komisja Rewizyjna Rady Miasta otrzymuje wiele skarg na ignorowanie ich w przygotowywanych prezydenckich decyzjach czy w konsultacjach. Na początku ub. roku Komisja przeprowadziła kontrolę współpracy władz miasta z radnymi dzielnicowymi. Okazało się, że tylko 30 proc. jest z tej współpracy zadowolonych. Aż 70 procent wyliczyła kilkanaście mankamentów. Różnych. Od braku odpowiedzi na wysyłane pisma, poprzez pomijanie ich w opiniowaniu planowanych dla dzielnicy inwestycji i poważnych remontów, do ich ignorowania w konsultacjach społecznych. No cóż, ale prezydent w odpowiedzi na uwagi wyraził zadowolenie.
Trudno uwierzyć, że prezydent nie ma czasu na uczestnictwo w zebraniach takiej rady, choć właściwie się nie dziwię, bo nawet nie ma czasu dla Rady Miasta. Na sesje przychodzi bowiem rzadko, a na komisje prawie wcale. I nie ma się co dziwić, że aktywne rady dzielnicowe starają się zadbać o konieczne inwestycje, remonty czy zmiany w dzielnicy poprzez zgłaszanie zadań w ramach Mysłowickiego Budżetu Obywatelskiego (MBO). O realizację swoich zwycięskich zadań w ramach MBO walczyły już Kosztowy, a w trakcie walki są jeszcze co najmniej Dziećkowice i Piasek. Zadania „kiszą się” w tzw. Wieloletniej Prognozie Finansowej nawet po dwa lata. Widać z tego, że dzielnicowe pomysły na zadania MBO nie zadowalają prezydenckich ambicji, a do tego sprawiają mu kłopot, bo trzeba w budżecie zarezerwować miliony, których w podziale na dzielnice nie widać. W tym roku budżet MBO to niemal 3 mln zł, a najwyższa pula dzielnicowa to 300 tys. złotych.
Dlatego czeka nas zmiana w MBO. Pan prezydent bowiem wymyślił, żeby zmienić regulamin. I albo wrócić do projektów na skalę miasta, albo miasto podzielić na kilka dużych okręgów z odpowiednio większym funduszem. Dzielnicowi działacze już się obawiają, że małe społeczności nie będą miały żadnych szans, by uszczknąć cokolwiek dla swoich dzielnic. A duże projekty – takie na bogato – prezydent będzie mógł pijarowo wykorzystać podczas zbliżającej się kampanii wyborczej. Inaczej nie miałby się czym pochwalić, bo dziś w budżecie wystarcza zaledwie na niezbędne remonty i nie zawsze na wkład własny do inwestycji.
Po zmianach regulaminu MBO przedsięwzięcia typu parking czy boisko na osiedlu raczej nie mają szans. No może takie jak „Górka Słupecka”, lansowana przez prezydenta, jako pokłosie pierwszego miejskiego, zwycięzkiego projektu „Rewitalizacja Promenady i Trójkąta Trzech Cesarzy”, którą prezydent lansuje od lat. I o takie niecne intencje dzielnicowi działacze podejrzewają pomysłodawców zmian regulaminu MBO. Prace przyspieszyły, ale jak się okazuje, przeciwników pomysłu na regulaminowe zmiany jest więcej.
Co daję pod rozwagę.
Grażyna Haska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze