Nie znam drugiego takiego miasta jak Mysłowice, gdzie mieszkańcy muszą zbierać się w grupy i protestować, by wywalczyć to, na czym im zależy. To już bodaj szósty raz, gdy głos mieszkańców musi wybrzmieć podczas sesji czy w mediach regionalnych, bo inaczej mysłowicka władza wie lepiej. A potrzeby niewielkich społeczności w tym mieście są ignorowane.
Od kilku tygodni miasto żyje sprawą szpitala. To, czy lecznica zostanie mysłowickim szpitalem z dzisiejszym zakresem usług i czy uda się jej przetrwać kryzys, czas pokaże. Na razie pracownicy chcą pokazać prezydentowi miasta, że dla nich to nie tylko miejsce pracy, ale i ważna instytucja dla całej społeczności. Dwudniowe referendum, rozpoczęte w szpitalu, ma odpowiedzieć na dwa zasadnicze pytania: czy pracownicy placówki chcą tzw. konsolidacji z jaworznickim szpitalem i czy są za tym, by ich dyrektor nadal pełnił swoją funkcję, bo prezydent wyraźnie mówi że go nie zostawi.
Piszę to, gdy jeszcze wynik głosowania nie jest znany, ale myślę, że sam fakt takiej solidarności pracowników mówi jednoznacznie, po czyjej stronie powinien stanąć prezydent miasta. Już sama postawa reprezentacji placówki i radnych na dwóch spotkaniach w Jaworznie, jakie się odbyły, powinny dać prezydentowi do myślenia. Czy prezydent dostrzeże tę determinację i ogromne plusy takiej solidarności?
Czyżby nie wiedział, jaka będzie reakcja mieszkańców, gdy jego potajemne konszachty i knucie z sąsiadami wyjdzie na jaw? Wiele jednak wskazuje na to, że prawdopodobnie wierzył w sukces swoich manipulacji. Niestety nie pierwszy raz nasz włodarz wybiera taką metodę działania, by zrobić wygodę sobie, a nie mieszkańcom.
Równolegle do sprawy szpitala w mieście toczy się prozaiczna sprawa zamkniętego donicami parkingu przy cmentarzu na ul. Mikołowskiej. Kilkanaście metrów placu, tuż za zatoczką autobusową, od wieków służyło kierowcom jako parking. Z części placu – jako chodnika – korzystali także piesi. Od co najmniej półtora miesiąca plac został zamknięty dla parkowania, bo „zagrażał życiu i zdrowiu” pieszych, tłumaczą prezydenccy urzędnicy. Wielu mieszkających obok parkingu mysłowiczan twierdzi, że to czysta złośliwość prezydenta wobec jego przeciwników.
Rozwiązanie bezpiecznego korzystania z placu tak przez samochody, jak i pieszych jest prozaicznie prosta i nie wymaga kosztownych wydatków. Prezydent jednak idzie w zaparte i twierdzi, że sprawy nie da się załatwić po myśli autorów złożonej petycji, która już została wniesiona do miasta. Petycję złożyli przedsiębiorcy, którzy tuż obok ogrodzonego placu prowadzą swoje handlowe interesy. Twierdzą, że spadła im ilość klientów, bo nie mają gdzie zaparkować swoich samochodów. Przypominają też prezydentowi, że podczas Wszystkich Świętych ten zakątek miasta czeka armagedon.
Tymczasem przedsiębiorcom i mieszkańcom pobliskiego Bauvereinu prezydent mówi nie. Jego rzeczniczka w TVP3 odpowiada, że zmiany dotyczące placu są kosztowne, a miasto nie ma pieniędzy na takie wydatki. Jakie? Trudno powiedzieć.
Tak, tak, nasze miasto jest ostatnio częstym gościem w katowickich Aktualnościach. Podejmowane bowiem przez prezydenta działania, czy też udawanie, że nie widzi miejskich problemów, doskonale wpisuje się w świat absurdów — prosto w ręce mediów.
A wystarczyłoby, Panie Prezydencie, otworzyć podwoje magistratu dla mieszkańców, zdjąć domofon i otworzyć drzwi prezydenckiej kancelarii dla petentów. I zasiąść w prezydenckich ławach podczas każdej sesji, a najlepiej przyjść i podyskutować o problemach mieszkańców na komisjach rady. A co najważniejsze, unikać knowania, spiskowania i temu podobnych działań.
A tak przy okazji, kiedy oficjalnie poinformuje pan o postępach w rozmowach w sprawie sprzedaży wodociągów? Komisja ma zakneblowane usta. Czy pan też?
No cóż. Jak sobie o tym wszystkim myślę, to się czasem zastanawiam – jak to możliwe, że oddaliśmy w Pana ręce prowadzenie naszych miejskich interesów?
Co daję pod rozwagę.
Grażyna Haska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze