Pojawiły się kolejne informacje w szokującej sprawie śmierci górnika, którego ciało przez ponad 10 godzin leżało przed kopalnią w Wesołej. Wiadomo już m.in. dlaczego policji tak długo zajęło dotarcie do jego rodziny. Kim był zmarły, którego zwłoki potraktowano w niedopuszczalny sposób przez brak porozumienia lekarzy?
Wczoraj (29.10) rano w artykule Ciało zmarłego górnika od 10 godzin pod kopalnią. Nie ma kto go zabrać poruszyliśmy sprawę zmarłego pracownika kopalni Mysłowice-Wesoła. Jak się okazało, mężczyzna był pracownikiem przeróbki i skończył 58-lat. Górnik mieszkał samotnie w dzielnicy Piasek, dlatego dotarcie do jego krewnych było utrudnione. Miał dwóch dorosłych synów, którzy mieszkali już w innym miejscu. Jego tożsamość potwierdził jeden z synów wczoraj, przed godziną 10:00, w katowickim domu pogrzebowym. Dzisiaj mężczyźni załatwiali na kopalni formalności związane ze śmiercią taty. Śmierć górnika zdruzgotała jego kolegów. Jak wspominał jeden z nich, mężczyzna już cieszył się, że lada moment skończy pracę na rzecz wcześniejszej emerytury. - Mieliśmy iść razem, za dwa lata, na pomostówkę. Bardzo się z tego cieszył - wspomina kolega górnika. Sytuacja byłaby tragiczna sama w sobie, lecz dodatkowo, przy jej okazji wyszły na światło dzienne kuriozalne mankamenty polskiej służby zdrowia. Mężczyzna zmarł po godzinie 22 w środę, przez ponad 10 godzin jego ciało leżało pod kopalnią pilnowane przez policjantów. Mimo to, w akcie zgonu jako datę śmierci wpisano dopiero 8:45 kolejnego dnia. [vc_facebook]