Niedawno informowaliśmy o napiętej sytuacji na drodze przy ulicy Harcerskiej w Mysłowicach. Po interpelacji radnych Wiesława Tomanka oraz Sebastiana Roncoszka sprawa zakazu postoju i montażu słupków blokujących ujrzała światło dzienne. Jak się jednak okazuje, medal ma dwie strony. Rozmawialiśmy z drugą rodziną. Ich relacja rzuca na sprawę zupełnie inne światło.
Sprawa dotyczy drogi, która zapewnia dojazd do dwóch sąsiadujących ze sobą posesji. Decyzją urzędników ustawiono tam znaki B-35, czyli zakaz postoju z ograniczeniem czasu zatrzymania do 5 minut. Dodatkowo na chodniku, obok jednej posesji, zostały zamontowane słupki uniemożliwiające wjazd na chodnik.
„W opinii mieszkańców można odnieść wrażenie, że w przedmiotowej sprawie doszło do sytuacji, w której narzędzia organizacji ruchu zostały wykorzystane w sposób prowadzący do uprzywilejowania jednego mieszkańca kosztem drugiego, a droga publiczna zaczęła pełnić funkcję »prywatną«” – pisali w swojej interpelacji radni Tomanek i Roncoszek.
Reklama
Z relacji „uprzywilejowanej” rodziny, zamiast urzędniczego faworyzowania jednych mieszkańców, wyłania się obraz batalii o prawo do spokojnego mieszkania, bezpiecznego i swobodnego korzystania z własnej posesji oraz permanentnie blokowanego wjazdu.

Konflikt przy ul. Harcerskiej nie wybuchł wczoraj wraz z pojawieniem się nowych znaków. Jak relacjonują nasi rozmówcy, niechęć sąsiadów dała o sobie znać już w 2018 roku, kiedy na ich działkę wjechała pierwsza koparka.
– Już na etapie budowy sąsiedzi robili problemy. Pojawiły się pretensje, że jak postawimy płot zgodnie z granicą naszej działki, to oni będą mieć trudności z wjazdem, na przykład z dowozem drewna – opowiada rodzina.
Mimo trudnych początków, inwestorzy próbowali wyciągnąć rękę na zgodę. Na własnym gruncie stworzyli dwa miejsca parkingowe i przekazali sąsiadom kluczyk do blokady. Warunek był jeden: sąsiedzi mieli dbać o czystość studzienki odwadniającej drogę, za wykonanie której, jak i całego odwodnienia, zapłacili właściciele nowego domu. Ponieważ sąsiedzi jej nie czyścili, śmieci i patyki zaczęły zapychać instalację, doprowadzając w końcu do wybicia wody ze studzienki na podwórku. Po tym incydencie właściciele uniemożliwili sąsiadom korzystania z miejsca parkingowego. Wtedy też problem z blokowaniem wjazdu przybrał na sile.
Druga strona konfliktu odpiera zarzuty, jakoby droga publiczna stała się ich „prywatnym folwarkiem”. Podkreślają, że zgodnie z decyzją urzędu miasta wydaną przy zatwierdzaniu projektu budowlanego, mają zagwarantowane prawo do dogodnego wjazdu na posesję o określonych wymiarach – o każdej porze dnia i nocy. Rzeczywistość wyglądała jednak inaczej.
– Pan potrafił parkować pod samą swoją bramą, blokując nas. Czasem stały tam wręcz trzy samochody – słyszymy.

O ustawienie znaków zakazu postoju (B-35) rodzina starała się w urzędzie przez dwa lata. Co ważne, ograniczenie czasu zatrzymania do 5 minut zostało wprowadzone właśnie na życzenie sąsiadów. Mimo to, po montażu znaków kierowca miał szukać sposobów na obejście przepisów i nadal utrudniał manewry. Właściciele posesji zaczęli dokumentować te sytuacje i zgłaszać je na policję.
Co więcej, wcześniej mieszkanka wystąpiła do urzędu miasta o nadanie spornemu odcinkowi drogi statusu drogi publicznej. Droga oficjalnie figuruje jako droga publiczna, wewnętrzna.
Sprawa parkowania ostatecznie oparła się o sąd, ale – jak podkreślają nasi rozmówcy – to nie oni podali sąsiada do sądu. Wniosek skierowała policja po serii udokumentowanych zgłoszeń. Na miejscu odbyła się wizja lokalna z udziałem sędziego, a powołany biegły sądowy jednoznacznie potwierdził, że w tym miejscu parkować nie wolno, ponieważ jest to skrzyżowanie dwóch ulic. Przepisy kodeksu drogowego są tu jasne i nadrzędne.
W interpelacji radnych i naszym tekście sporo miejsca zostało poświęcone słupkom zamontowanym na chodniku przy posesji nowych właścicieli, które rzekomo utrudniają sąsiadom poruszanie się po ulicy. Rodzina wyjaśnia jednak, dlaczego w ogóle tam stanęły.

Okazuje się, że po przegranej sprawie w sądzie, sąsiad zaczął parkować na swoim podwórku, jednak podczas wyjeżdżania z posesji miał regularnie wjeżdżać na chodnik. Chodnik ten, przylegający do ogrodzenia sąsiadów, rodzina musiała na własny koszt odtworzyć, a właściwie zbudować od nowa po zakończeniu budowy domu.
Montaż słupków nie był samowolą. Właściciele posesji uzyskali na to oficjalną zgodę od miasta.
– Wystąpiłam z prośbą o zamontowanie tych słupków ze względu na bezpieczeństwo mojego dziecka. Kiedy córka otwiera furtkę i wychodzi na chodnik, a sąsiad jedzie po nim samochodem, mogłoby dojść do potrącenia. Słupki zamontowaliśmy 21 maja tego roku na własny koszt – tłumaczy matka dziewczynki.
Rozmowa z drugą stroną sporu pokazuje, że urzędnicze decyzje dotyczące nowej organizacji ruchu przy ul. Harcerskiej nie były bezpodstawną złośliwością ani próbą uprzywilejowania kogokolwiek. Były popartą analizami biegłego próbą wyegzekwowania przepisów prawa o ruchu drogowym i zapewnienia bezpieczeństwa pieszym oraz drożności wjazdu na prywatną posesję.
– Ja chcę po prostu przyjść do domu po pracy i mieć święty spokój. Chcę mieć możliwość wyjechania z domu wtedy, kiedy mam na to ochotę, i wjechania do niego bez nerwów i proszenia się o odblokowanie bramy – podsumowuje mieszkaniec ul. Harcerskiej.
Reklama
Do tematu będziemy wracać, gdy tylko prezydent Mysłowic odpowie na złożoną przez radnych interpelację.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze