Okazało się, że nie do końca, bo od kilku ostatnich tygodni zbyt niski płot od strony dawnej firmy Polam Elpor, trzeba zdecydowanie podwyższyć i zamontować kamery, bo niestety oko i ucho strażników tam nie sięga.
Jeżeli chodzi o koszty likwidacji tego wrzodu, to tak naprawdę nie wiemy, jakiej kwoty sięgną. Epatowanie w mediach, że to temat do załatwienia za 100 czy 120 mln zł, okazało się wynikiem sondażu prezydenckich służb sprzed roku. Ile naprawdę musimy mieć na podorędziu, by sfinansować likwidację tej cykającej bomby, prawdopodobnie dowiemy się za około miesiąc, gdy obejrzymy oferty potencjalnych chętnych do wykonania tej roboty. Miasto ogłosiło bowiem procedurę dialogu konkurencyjnego, by zorientować się, czy są chętni, ilu ich jest i za ile zgodzą się zamknąć temat.
Według mnie to działanie spóźnione jest co najmniej o rok. Twierdzę tak, bo okolicach września 2018 roku, gdy rząd zdał sobie sprawę, że mamy do czynienia z mafią zwożącą do Polski niebezpieczne odpady, uchwalił specjalną ustawę, dającą gminom maksymalnie skróconą procedurę w celu likwidacji takich bomb ekologicznych. Zabezpieczył też spore pieniądze na dofinansowanie. I być może rządowe działanie uznałabym za chwyt marketingowy, gdyby nie przykład Siemianowic, gdzie z problemem takiego składowiska tamtejszy prezydent załatwił się definitywnie w kilka miesięcy od uzyskania informacji, że takie ma na swoim terenie od maja ub. roku. Siemianowice sprawnie załatwiły pieniądze i zadbały o wykonawcę jeszcze i dawno już zapomniały o problemie. Można tłumaczyć się, że to składowisko było o połowę mniejsze od naszego, ale niezależnie od wielkości, liczy się chęć, wiedza, pomysł i sprawność w rozwiązywaniu takich problemów. Narzekanie, szukanie winnych i biadolenie, że wszyscy rzucają nam kłody pod nogi, nie popycha zwykle żadnych spraw do przodu.
My o problemie wiemy od maja 2018 r. Dopiero od niedawna mamy przyznaną z NFOŚiGW dotację, zaledwie na poziomie 50 procent kosztów, jakie będziemy zmuszeni ponieść i czekamy na podpisanie umowy na tę dotację. Jej posiadanie, to warunek, by móc złożyć stosowny wniosek o kolejną dotację - tym razem do WFOŚiGW.
To natomiast, ile dostaniemy w złotówkach, dowiemy się najwcześniej w listopadzie, a czas nagli, bo do zakończenia procedur - wg ustawy - mamy zaledwie rok. Druga sprawa to, ile pieniędzy musimy zabezpieczyć w miejskim budżecie, bo dotacja nie pokrywa wszystkich wydatków. Wprawdzie Siemianowice otrzymały pomoc w łącznej wysokości 93 proc. wydatków, to my - ze względu na posiadany poziom wskaźników, mamy szansę na dofinansowanie w wysokości 65 proc.
Ile zatem musimy mieć? Jeśli podawana przez prezydenta wartość przedsięwzięcia jest na poziomie 100 czy 120 mln zł, to w budżecie na ten cel musimy zabezpieczyć ponad 40 mln złotych. W tej sytuacji zastanawiam się, jaki jest sens składania przez radnych, mieszkańców i różne uprawnione do tego organizacje, zadań które powinny znaleźć się w przyszłorocznym budżecie?
Może wreszcie pora, by zabrać się do przygotowania strategii naprawy miasta, uwzględniając potrzeby tych, którym jeszcze na mieście zależy i tych, którzy go utrzymują i opłacają sowitymi podatkami kolejnych jego włodarzy. Najbardziej jednak liczę na zakasanie rękawów przez radnych, którzy udzielili prezydentowi absolutorium i wotum zaufania, stwarzając mieszkańcom przekonanie (oby nie byłby to iluzje), że zajmie się on rzetelną i owocną pracą na rzecz naprawy miasta. Co daję pod rozwagę.
Grażyna Haska